Main Menu

Felieton: Przekręt, Gdańsk 1939

Facebooktwitterlinkedin

PRZEKRĘT

Gdańsk 1939

Kot

W Gdańsku wiosna tego roku była wyjątkowo wczesna. Od kilku dni, lekka i ciepła bryza wiejąca od morza niosła ze sobą przyjemne i orzeźwiające powietrze. W miejskich parkach, na skwerach i na przydrożnych drzewach widać było kwitnące pąki i pierwsze zielone liście, a wśród miejskiego ptactwa trwało wiosenne ożywienie.

Na ulicach miasta też się coś działo. Nie wiadomo kiedy i skąd przybyło do Gdańska sporo nowych ludzi. Większość z nich ubrana w brunatne mundury NSDAP chodziło parami, lub trójkami, przyglądając się wokół wszystkim i wszystkiemu. Również ruch samochodowy był większy niż zazwyczaj. Już od wczesnego rana wiele ciężarówek przeważnie krytych plandeką gnało gdzieś spod Dworca Głównego w kierunku Wrzeszcza, Oliwy, Stogów, Orunii i Westerplatte, a potem na Targ Drzewny, na Plac Hanzy, rozwożąc po całym mieście długie flagi i czerwone transparenty z czarną swastyką po środku białego koła. Miasto dekorowano w szalonym pośpiechu. Flagi i sztandary powiewały ze wszystkich stron, a olbrzymi portret führera powieszono na Bramie Wyżynnej, na wprost pomnika Wilhelma I.

Szymon Kot, vel Hans Joachim Peltz przyjechał z Warszawy do Gdańska nocnym pociągiem. Podczas odprawy celnej, gdańscy celnicy dali mu się mocno we znaki i gdyby nie solidna łapówka … ?

Tuż przy dworcu Kot złapał taksówkę i kazał zawieść się do hotelu „Danziger Hoff”, gdzie miał zarezerwowany numer. Był zmęczony długą podróżą. W recepcji wpisał się w książkę pobytu, zabrał ze sobą kilka lokalnych gazet i ruszył za hotelowym boyem do widy. Jednak w pokoju nie przebywał długo. Szybko się przebrał, nieco się odświeżył, podczesał sztuczną bródkę i zszedł do hotelowej kawiarni, gdzie o jedenastej miał umówione spotkanie z grubą rybą z gdańskiej policji. Ma odebrać od niego kilka sfingowanych dokumentów, między innymi prawo jazdy i paszport na nazwisko Paul Bromke. Kot musiał pilnie zmienić dokumenty. Był świadom, że jest jednym z najbardziej ostatnio poszukiwanych przez policję oszustów, nie tylko w Polsce, lecz również we Francji, głównie w Paryżu, w Budapeszcie i w Wiedniu. Jedynym miejscem, gdzie nie był jeszcze spalony była III Rzesza i Wolne Miasto Gdańsk. Przynajmniej tak mu się wydawało.

Szymon Kot nie spieszył się. Siedział teraz przy kawie i przyglądał się ludziom w brunatnych mundurach dekorujących budynki po drugiej stronie ulicy. Właśnie kilku z nich spuściwszy liny z dachu, usiłowało wciągnąć olbrzymi portret gauleitera Alberta Forstera, gdy nagle silny podmuch wiatru wyrwał im liny z rąk i obróciwszy portret kilka razy, uniósł go niczym latawca i rzucił na pobliskie topole. Kot zaśmiał się głośno, ale zafrasowany wzrokiem kawiarnianych gości, zakasłał kilka razy jakby dla niepoznaki, po czym wyjął chusteczkę przetarł nią usta. Gdy kończył kawę, podeszła do niego ładna, zgrabna kelnerka.

– Czy pan sobie jeszcze czegoś życzy, panie prezesie ? – zapytała kokieteryjnym i ciepłym głosikiem.

– Tak, poproszę jeszcze jeden koniak. Taki sam jak poprzednio, panno Hildo.

Oboje znali się doskonale. Kot przespał u niej nie jedną noc, i na samo wspomnienie poczuł przyjemny ucisk w lędźwiach. Puścił do niej oczko i wyszeptał: Hilda, ja już bez ciebie nie mogę żyć. Hilda, dzisiaj ? – kelnerka uśmiechnęła się i z kokieteryjną minką odpowiedziała szeptem: – Służę uprzejmie, panie prezesie.

Kilka minut po jedenastej do kawiarni wszedł umówiony gość w asyście dwóch opasłych tajniaków. Gość stanął w progu i rozglądał się z uwagą po niezbyt licznych o tej porze gościach. Wreszcie gdy zobaczył Kota, skinął na niego porozumiewawczo i podszedł wolno do stolika.

– Guten Tag, Herr Peltz ! Mam nadzieję, że pan długo nie czekał  ? Jak minęła podróż ? – zapytał z lekką drwiną.

– Po co pan pyta, przecież pan wie, jak działają wasze gdańskie służby. Znowu trzymali mnie na granicy ponad godzinę. To granda !

– Tylko spokojnie, nie ma się co denerwować. Takie mamy czasy.

– Ma pan dla mnie te papiery ? – zapytał nieco zniecierpliwiony Kot.

– Tak, mam. Ale to będzie kosztowało nieco więcej.

– Jak to ? Przecież we wrześniu uzgodniliśmy cenę ! To i tak jest za dużo !

– Rzeczywiście, tak było. Ale od tamtej pory minęło kilka miesięcy i wystąpiły pewne trudności, Herr Peltz … organizacyjne. Wie pan jak to dzisiaj jest ?  W końcu czasy mamy nie wesołe, nie sądzi pan ?

– Co pan ma na myśli ? Polityka mało mnie interesuje i gówno mnie to wszystko obchodzi. Mów pan ! Ile w końcu ?

– Jeszcze trzysta dolarów ! I niech pan tylko nie mówi, że pana nie stać. Dobrze pana tutaj znamy. Wszyscy !

Kot zamarł na chwilę. Spojrzał na swego gościa i pomyślał, że ten niemiecki grubas na pewno blefuje.

– Niech pan się nie obawia, Herr Peltz – tajniak wyczuł jego zmieszanie. – Tutaj nie Polska. W Gdańsku nic panu nie grozi, przynajmniej na razie.

– Jesteś pan zdzierca ! – wysyczał. Kot wyjął z kieszeni marynarki elegancki pugilares i dyskretnie wsunął złożone banknoty pod leżącą na stoliku Dancinger Abtailung, Gość zrewanżował się tym samym, podsuwając mu szarą kopertę. Kot jakby ważył ją przez chwilę w dłoni, po czym schował kopertę do kieszeni.

– Nie sprawdzi pan ? – zapytał tajniak.

– Sprawdzę, później. W razie czego, wiem gdzie pana szukać. – Kot popatrzył groźnie na swojego gościa, prawie przenikając go na wskroś. To była gra nerwów.

– Jest pan zbyt pewny siebie, Herr Peltz – odparł tamten z przekąsem. – Pańskie dossier, leży na moim biurku już od kilku dni i jest nadzwyczaj ciekawe. Osobiście radzę panu znikać z Gdańska i to prędko – gość uchylił jakby od niechcenia spód marynarki, gdzie w skórzanej kaburze tkwił pistolet. Po chwili wyjął złożoną kartkę papieru.

– Niech pan się temu przyjrzy. W Warszawie wystawiono na pana listy gończe, panie … Bromke, vel coś tam…

Doprawdy ? – przerwał mu nagle. Kot był zaskoczony tym co zobaczył, ale nie chciał poznać tego po sobie. Początkowo sądził, że to kiepski blef tego sprzedajnego, gdańskiego policjanta. A jednak ?! Wygląda na to, że w kraju ostro się za niego wzięli !

Kot złożył podaną kartkę i oddał policjantowi. Dopił zamówiony koniak i zapalił papierosa. Przez krótką chwilę patrzył na tajniaka i zastanawiał się czy temu grubasowi chodzi tylko o pieniądze, czy też jest coś jeszcze na rzeczy ? Postanowił zaryzykować.

– To znaczy, że już nie mogę liczyć na dalszą współpracę ? – spytał Kot.

– Ależ może pan. Co tym razem się urodziło ?

– Kto jeszcze wie o tych listach ?

– Tylko ja ! – odrzekł z przekąsem gruby tajniak.

– Zatem proszę ukryć je na jakiś czas. Z Gdańska wyjadę niebawem, a po za tym  potrzebuje amerykańską wizę.

– Uhm…to będzie sporo kosztowało.

– Ile ? – zapytał Kot.

– Tysiąc, może dwa tysiące dolarów.

Kot sięgnął ponownie do kieszeni marynarki i bez słowa podał gościowi zwitek banknotów. – Proszę, to zaliczka. Niech pan przeliczy !

– Nie trzeba, wierzę panu, Herr Peltz. W końcu, jak do tej pory jest pan wobec mnie słowny.

Po wyjściu gościa, Kot siedział jeszcze prawie pół godziny i zastanawiał się nad tym co niedawno usłyszał. W końcu doszedł do wniosku, że nic mądrego teraz nie wymyśli. Ale to, że musi ewakuować się z Gdańska jak najszybciej jest pewne, jak pieniądze w tutejszym banku.

Kot wstał, podszedł do kelnerki, zapłacił i szepnął jej do ucha: – Mam coś dla ciebie Hildo. Przyjdę do ciebie dziś wieczorem, o dziesiątej.

Na dworze było słonecznie i dość ciepło. Kot zerknął na zegarek, było już po dwunastej.

– Do dzieła – pomyślał i ruszył w kierunku Banku Wolnego Miasta Gdańska.

 

Trzy dni później.

Stary kasjer Winter szybko przełknął przygotowaną zawczasu walerianę, nie spuszczając z oczu drzwi do banku, w których jak co dzień, o tej samej porze ukazywał się jego „prześladowca”. Wysoka postać zamożnego handlowca odziana w długi, angielski trencz i czarny kapelusz  powoli zbliżała się do jego okienka. Dziś musi się coś stać – pomyślał kasjer i ostry skurcz chwycił go za serce. Tylko pół roku dzieli go od emerytury i żeby też po tylu latach nienagannej służby właśnie jemu musiało się to przytrafić. Wszystko odbywało się dokładnie tak samo jak wczoraj i przedwczoraj. Czarny kapelusz pochylił się przy okienku, a na szczupłej twarzy handlowca wykwitł uśmiech pobłażliwego zadowolenia. Zaraz wyciągnie studolarówkę, a potem coś się stanie. To już trzeci dzień z rzędu. A wiadomo, że do trzech razy sztuka… myślał gorączkowo kasjer, który z natury był bardzo przesądny.

Istotnie, handlowiec wyciągnął z pugilaresu świeżutką studolarówkę i tym samym szerokim gestem co zawsze położył ją w okienku, i jak co dzień uprzejmie poprosił o wymianę na dwudziestki. I jak co dzień, w chwili, gdy kasjer brał rąbek banknotu położył swą szczupłą rękę na ręce starego urzędnika i patrząc mu głęboko w oczy poprosił:

– Niech pan będzie tak dobry, panie Winter i sprawdzi dokładnie, czy aby moje sto dolarów nie jest fałszywe.

Ta właśnie prośba wypowiadana słodko przez dziwnego klienta, przyprawiała kasjera o stan bliski zawału serca. Winter starał się ukryć drżenie rąk przed okiem handlowca. Teraz położył  jak w poprzednich dniach, długi banknot na matowej szybce, wmontowanej w kasjerski stół i zapalił pod nią żarówkę. Portret Beniamina Franklina, wodne znaki, każdy szczegół znany mu od trzydziestu lat wzorowej służby, były bez zarzutu. Ale dlaczego w takim razie klient sam budzi podejrzenia przeciwko sobie i uśmiecha się tak jakoś dziwnie ? Mogę ostatecznie odmówić wymiany – zastanawiał się Winter – i pierzchną wszelkie niepokoje. Lecz po chwili zastanowienia zwyciężyła kasjerska zawodowa próżność On się nie myli ! Banknot jest prawdziwy i on go wymieni !

Odliczając przed klientem pięć nowych banknotów, czynił to już ze spokojem pewnego siebie, rutynowanego fachowca. Taką pewność dawała mu zawodowa duma starego wygi, pierwszego po Bogu w sprawach finansowych, członka zamkniętego klanu kasjerów bankowych do którego dostać się było trudniej, niż zdobyć uniwersytecki dyplom.

Kiedy czwartego dnia handlowiec znów ukazał się w drzwiach banku, Winter nerwowo nie wytrzymał. Zamknął czym prędzej okienko, zatrzasnął pancerne drzwi kasy i pędem puścił się przez korytarz. Wpadł zdyszany do gabinetu swego zwierzchnika i w krótkich urywanych zdaniach opowiedział mu wydarzenia z ostatnich trzech dni.

– Panie dyrektorze, klient wygląda uczciwie, jest bardzo elegancki i przynosi najprawdziwsze studolarówki. Ale sam budzi przeciwko sobie podejrzenia prosząc usilnie o dokładne zbadanie, czy aby nie są fałszywe ! W tym coś musi być, panie dyrektorze ! Ale jeśli one są fałszywe, to ja już jestem za stary panie dyrektorze, ja się już nie znam, ja się nie nadaję i proszę o dymisję ! Po to tu właśnie przyszedłem do pana dyrektora ! – zakończył z desperacką dumą, po czym skłonił się zaskoczonemu i zdumionemu zwierzchnikowi i wyszedł z gabinetu na uginających się nogach.

– Ależ panie Winter, proszę zaczekać, panie, panie kolego !  – Ale stary kasjer już zniknął za drzwiami i pomimo, że słyszał głos dyrektora, nie miał zamiaru wracać. To wszystko było ponad jego siły.

Po kilku minutach, na polecenie dyrektora banku zgięty w uszanowaniu woźny, wprowadził eleganckiego handlowca do dyrektorskiego gabinetu.

Konferencja

Kiedy obaj zostali sami, dyrektor wskazał gościowi fotel, podsunął cygara i z miejsca lekko podirytowany zapytał:

– Jaki ma pan cel i interes w tym, aby sugerować memu kasjerowi, że pańskie banknoty są fałszywe ?

– Czy według pana dyrektora są one prawdziwe ? – odparł pytaniem na pytanie Kot.

– Tak, jak najbardziej. Ja też się na tym znam doskonale, a mój kasjer nieraz jest wzywany jako ekspert. Przez ponad czterdzieści lat był nieomylny. Te pańskie pieniądze nie są fałszywe, szanowny panie ! No, ale może zechce mi pan wyjaśnić… panie… ? Przepraszam, ale nie usłyszałem pańskiego nazwiska.

– Ohh… Najmocniej przepraszam, nie przedstawiłem się panu. Nazywam się Hanz Joachim Peltz. Jestem handlowcem. Oto moja wizytówka. Miło mi poznać pana, panie dyrektorze.

– Lothar Brandt, dyrektor tego banku. A zatem zechce pan usiąść i wyjaśnić panie…

– A może zechce pan, dyrektorze, stwierdzić prawdziwość i tych oto banknotów. Kot działał błyskawicznie i z zaskoczenia. Podszedł do biurka dyrektora i położył na nim trzy nowe studolarówki.

– Jeśli pan pozwoli, to po wynik ekspertyzy zgłoszę się za dwa tygodnie. Po czym nieoczekiwanie pożegnał się i wyszedł z gabinetu, zostawiając za sobą całkiem oniemiałego z wrażenia dyrektora.

Po dwóch tygodniach dyrektor przyjął gościa stojąc, chcąc dać mu tym samym do zrozumienia, że ma dosyć natręta i całej tej historii i bardzo śpieszy się do swoich obowiązków. Banknoty handlowca wróciły niedawno z Berlina, gdzie badała je dokładnie czołówka niemieckich ekspertów z Berlińskiego Banku Centralnego. List z pieczęciami stwierdzał niezbicie, że banknoty są bezspornie prawdziwe, a handlowiec jest prawdopodobnie zwykłym psychopatą.

– To co pan mówi, to dla mnie duży komplement, panie dyrektorze, albowiem to ja jestem autorem tych oto pieniędzy. Teraz mogę bez lęku do tego się przyznać ! Oto wyjaśnienie całej tajemniczej zagadki, która tak pana intrygowała.

Dyrektor usiadł z wrażenia. Po chwili sięgnął po jeden z leżących przed nim banknotów i odezwał się prawie szeptem.

– Ależ to niemożliwe. To niezwykłe. Wręcz genialne !?  – powtarzał cały czas patrząc z szeroko otwartymi oczami, to na handlowca, to na leżące przed nim banknoty. Widać było, że tylko poczucie z dawna zakorzenionej przyzwoitości, oraz wzgląd na charakter sprawy nie pozwalały mu na uścisk dłoni temu artyście i słowa podziwu dla jego kunsztu. Ale czego nie mówiły usta, wyrażały błyszczące podziwem oczy dyrektora. Tymczasem Kot nie pozwolił dyrektorowi ochłonąć z wrażenia i wrócić do dyrektorskiej postawy. To co dyrektor usłyszał teraz, do reszty wprawiło go w stan oszołomienia.

– Panie dyrektorze, jak sam pan twierdzi, kasjer Winter nie wątpi w prawdziwość moich pieniędzy, jak również bank w Berlinie i nikt na świecie. Jak sam pan widzi, nikt nie jest w stanie im czegokolwiek zarzucić, nawet najlepszy precyzyjny aparat i najlepsze oko znawcy. Moje pieniądze są absolutną doskonałością. Jak panu wiadomo, wszyscy fachowcy twierdzą, że jest rzeczą teoretycznie  niemożliwą sfałszowanie pieniędzy tak, by były identyczne z oryginałami. Nie udało się to dotychczas nikomu na świecie. Nikomu, prócz mnie. Nikt nawet nie podejrzewa, że to możliwe. Mało tego: nikt by nie uwierzył w to co mówię, gdyby nie to, że sam otwarcie przyznaję się do tego… Kot spojrzał w oczy dyrektorowi i uśmiechnąwszy się ironicznie dokończył: …przestępstwa. A zatem mam dla pana bardzo ciekawą propozycję. Za miesiąc zjawię się ponownie i dam panu pięćdziesiąt tysięcy dolarów takimi oto jak te setkami. Pan mi za to da trzydzieści tysięcy setkami z banku. Zyska pan w ten sposób dwadzieścia tysięcy, ja zaś trzydzieści. Nie dzielimy się po połowie, bo pan niczym nie ryzykuje, ja zaś mam koszty własne, no i oczywiście ryzyko wpadki; zresztą likwiduję po tej transakcji cały interes i wracam do swojego zawodu… handlowca. Tylko proszę mi teraz nic nie mówić. Niech pan nie będzie zbyt pochopny, dyrektorze. To nie jest zwykła sprawa. Proszę to przemyśleć, mamy sporo czasu. Mnie zresztą też będzie potrzebny miesiąc na …hm…produkcję i tym podobne – dodał, po czym wstał i podał rękę dyrektorowi.

– A więc, do zobaczenia za miesiąc. – I nie dając dyrektorowi dojść do głosu, skłonił się i znikł za drzwiami jak widmo.

Zakusy

Przez cały miesiąc dyrektor Banku Wolnego Miasta Gdańska Lothar Brandt, nie zaznał chwili spokoju. Chodził jak struty. Przestał się uśmiechać i nie sypiał po nocach. Dwadzieścia tysięcy dolarów to była suma za jaką można było kupić imponujący majątek ziemski z pałacem i  zabudowaniami, samochód i spokojnie doczekać starości. Można było kupić dostęp do osób bardzo wpływowych w NSDAP i tym samym uzyskać społeczny awans.

Takiej szansy nie wolno mu było zaprzepaścić. W końcu nie ryzykuje nic – przekonał go o tym list z berlińskiego banku. A jeśli odrzuci propozycję ? To kto wówczas oceni jego wyrzeczenie i kto się dowie o jego niezłomności ? Nikt ! Nagle jego pozycja służbowa, towarzyska, finansowa dyrektora banku, którą pysznił się dotychczas w swoim małym światku zbladła i stała się wręcz wstydliwa w porównaniu z czekającymi go zaszczytami, które otwierała przed nim fortuna dwudziestu tysięcy dolarów.

Nie mógł już wrócić do dawnego życia, do dawnej przeszłości. Poczuł, że wbrew niemu klamka już zapadła, że marzenie o majątku, uznaniu i zaszczytach – w jakie pchnął go tajemniczy nieznajomy handlowiec, wydały na niego nieodwracalny wyrok.

Transakcja

W piękną majową noc jechał umówionym pociągiem do Malborka, gdzie miało nastąpić decydujące spotkanie z osobliwym handlowcem. Brakowało tylko kilka minut do stacji Tczew, gdzie miał wsiąść wspólnik. Decyzja dyrektora już z dawno zapadła, wiedział, że już inaczej nie będzie, ale czuł się jednocześnie chory ze zdenerwowania. Dwadzieścia lat nienagannej pracy, szacunek całego personelu banku i ani jednego bodaj przewinienia na sumieniu. Ba, nawet w szkole nie używał ściągaczek.

Punktualnie o godzinie 0.05 w drzwiach przedziału pojawił się wytwornie ubrany handlowiec. Kot zasunął firanki, przekręcił zamek w drzwiach i ze skórzanego sakwojażu wyjął plik dolarów. Szybko wyjął zaklejone banderolami setki na rozpostarty na kolanach dyrektora kraciasty, podróżny pled. Nie ulegało wątpliwości: pieniądze były tak samo nienaganne jak wyprodukowane uprzednio. Z kolei dyrektor wręczył handlowcowi pakiet z trzydziestoma tysiącami dolarów „pożyczonymi” z banku na te jedną noc. Nazajutrz skoro świt, włoży do kasy fałszywe trzydzieści tysięcy, a za pozostałe dwadzieścia kupi upatrzony majątek. Zresztą wszyscy są już uprzedzeni, że oczekuje dużego spadku…

Kot nie licząc schował otrzymaną paczkę do teczki, skłonił się w milczeniu i wyszedł na stację. Pociąg prawie natychmiast ruszył. Dyrektor został sam ze swoimi myślami i swoją fortuną. Sakwojaż leżał tuż nad nim, na siatce. Wreszcie poczuł się wolny od długotrwałego strachu, koszmarów sumienia, wszystkie skrupuły były już poza nim, a takie wydawały się jeszcze wczoraj straszne.

Za oknami pociągu była ciepła, majowa noc. W przedziale jechał przestępca, ale szczęśliwy, wolny i bogaty. Dyrektor rozłożył się na ławce – i marzył. Po kilkudziesięciu minutach pociąg wjechał do Malborka. Wtoczył się wolno na stacje i stał niespełna minutę, gdy nagle do przedziału wszedł żandarm w asyście kierownika pociągu.

Kot zaraz po opuszczeniu pociągu udał się do dyżurnego ruchu w Tczewie i wręczając mu dwadzieścia  dolarów oznajmił nieco zdyszany: – W tym pociągu, proszę pana, który właśnie ruszył do Malborka zostawiłem w trzecim przedziale ostatniego wagonu skórzany, czarny sakwojaż. Siedział tam tylko jakiś porządnie ubrany pan. Miał kraciasty koc. Błagam pana, niech pan zawiadomi kogo trzeba – hojnie wynagrodzę, jestem handlowcem. W tym sakwojażu były moje dokumenty i pieniądze.

Zawiadowca stacji natychmiast zawiadomił telegraficznie stację w Malborku, a wysłany żandarm w asyście kierownika pociągu, bez trudu odnalazł przedział w którym siedział dyrektor. Gdy wchodzili do przedziału, w dyrektorze zamarło serce.

– Czy to pański sakwojaż ?  – spytał stanowczym i donośnym  głosem żandarm.

– Który ? Ależ skąd !  – odpowiedział pobladły dyrektor. – Nie, nie mój !

Odżegnać się natychmiast od tej strasznej historii – pomyślał –  I wrócić czym prędzej do zacisznej przeszłości. Boże co ja narobiłem ? To chyba już koniec.

– Nie ?! Nie pana ? ! A więc wszystko w porządku ! – stwierdził żandarm i zdjął z półki sakwojaż. Tej samej nocy wręczał go handlowcowi od którego otrzymał dwadzieścia dolarów i serdeczny uścisk dłoni.

– Nie ! On musiał powiedzieć „nie” – myślał o dyrektorze „handlowiec” Szymon Kot. Uśmiechnął się jakoś dziwnie. Był dobrym psychologiem. Wiedział od samego początku, że tamten tak zareaguje. Po raz kolejny, nieomylnie, przewidział zachowanie tego typu ludzi.

Epilog

Nazajutrz znaleziono poszarpane przez pociąg zwłoki starszego mężczyzny, w którym rozpoznano szanowanego dyrektora Banku Wolnego Miasta Gdańska. W kasie banku brakowało trzydzieści tysięcy dolarów. Wdowa straciła męża i ugruntowaną pozycję zyskując w zamian niezbitą wiarę w siłę swej kobiecej intuicji: tylko kochanka mogła doprowadzić tak nieposzlakowanego dotąd człowieka do defraudacji i samobójstwa.

Aha! Zapomniałem dodać, że w całej transakcji nie było w ogóle żadnych fałszywych pieniędzy. Wszystkie były prawdziwe !

Tekst: Grzegorz Przybysz

Facebooktwitterlinkedin


« (Poprzednia wiadomość)
(Następne wiadomości) »