Main Menu

Hebanowy Anioł – opowiadanie

Facebooktwittergoogle_pluslinkedin

Hebanowy Anioł

[Opowiadanie nagrodzone – zdobywca 2 miejsca w Konkursie pisarskim z Wiedźminem Portalu zabki24.pl]

Lada chwila miała rozpocząć się uczta. Z radością mogłem w niej uczestniczyć w gronie najbliższych przyjaciół. Po mojej prawej stronie dumnie zasiadał ser Pit, z lewej zaś, ser Kirst i nieco dalej ser Roch. Na pierwszą tego dnia potrawę czekaliśmy w ciszy i skupieniu, choć z naszych twarzy z pewnością dało się wyczytać towarzyszący nam niepokój. Sam nie wiem czy traktowałem go jak wiernego psa czy raczej jak wrzód na tyłku. Po dłużącej się w nieskończoność chwili nasza cierpliwość została sowicie wynagrodzona. Pit najwcześniej pochwycił unoszącą się w powietrzu woń, która wypełniła jego szeroko rozwarte nozdrza. Zamarł na moment, pozwalając by każda cząstka jego ciała mogła doznać tej niebanalnej rozkoszy. Następnie, z prawie całkowicie przymkniętymi oczami, bezszelestnie osunął się na ziemię i wyszeptał.

– Żurek na zakwasie z białą kiełbasą, jajkiem i wiórkami chrzanu…mmm.

Nie pozostało nam nic innego, jak tylko do niego dołączyć. Ja posłużyłem się, opanowaną nieomalże do perfekcji, metodą szybkiego chwytania zapachu nosem i równie szybkiego usuwania zużytego powietrza ustami. Roboczo określaliśmy to techniką rodzącej kobiety. Szło mi naprawdę dobrze. Do czasu. Kątem oka dostrzegłem, że Kirst wykonuje szalone ruchy rękami. Łapał w dłonie unoszące się nad naszymi głowami chmurki pary z gorącej zupy, po czym starał się wpakować je do obydwu dziurek swojego zasmarkanego nosa. Wyglądało to komicznie. Omal nie parsknąłem śmiechem, zapominając o swojej porcji żurku. Na całe szczęście w porę udało mi się opanować. Wszak nie mogłem pozwolić, by ktoś zauważył naszą obecność. Co prawda miejsce pod wychodzącym na północ oknem kuchennym, wydawało się doskonałą kryjówką, jednak zwabiony podejrzanymi odgłosami kucharz mógłby z łatwością nas zdemaskować.

Kontrolnie spojrzałem na wciąż leżącego na ziemi Pita, potem na tańczące w powietrzu ręce Kirsta, by ostatecznie sięgnąć wzrokiem Rocha. Siedział w bezruchu. Wyglądał jak milczący głaz. Nie brał udziału w naszej zabawie. Już w tym momencie powinienem zauważyć, że coś było nie tak, ale zapytałem tylko dlaczego z nami nie ucztuje. W końcu przecież po to tu przychodziliśmy.

– Czekam na deser – szepnął nieporuszony.

I muszę przyznać, że dotrzymał słowa. Opuścił ciepłe i zimne przekąski, a także drugie danie. Spoglądaliśmy na niego z coraz mniejszym zdumieniem, rozkoszując się aromatycznymi polędwiczkami wieprzowymi w sosie kurkowo-tymiankowym, kaczką pieczoną w ziołach i podawaną z żurawiną i pieczonym jabłkiem oraz opiekanymi ziemniaczkami z przyprawami, a także zestawem świeżutkich sałatek. Jak to się mówi – ślinka leci. Nie mogliśmy doczekać się, kiedy wreszcie z małych pętaków zmienimy się w mężnych rycerzy, znanych lordów i cenionych masterów, kiedy naprawdę będziemy mogli mówić do siebie per ser i uczestniczyć w królewskich biesiadach. Tym czasem musiała nam wystarczyć uczta zapachów, którą urządzaliśmy sobie co jakiś czas pod oknem, znajdującej się na południowych obrzeżach królestwa, karczmy Na Skraju.

Zbliżało się już południe, kiedy na parapecie nad naszymi głowami pojawił deser – pulchniutkie, wyjęte prosto z pieca, obezwładniające zapachem ciasto z truskawkami. Żadne z pozostałych dań nie znalazło się równie blisko nas. Widocznie kucharz postawił je jak najbliżej szeroko otwartych okiennic, aby choć trochę ostygło zanim zostanie podane na stoły. Przez krótką chwilę byliśmy onieśmieleni tym wyjątkowo uprzejmym gestem.

Zerknąłem na Rocha. Na moich oczach głaz drgnął i wyszła spod niego dorodna, tłuściutka tarantula. W rzeczywistości była to dłoń mojego przyjaciela, przypominająca sporego pająka, który wspinał się po ścianie w kierunku ciasta. Zrozumiałem, że uczta ma się ku końcowi. Jednak nie mogłem go powstrzymać. Patrzyłem na tę scenę jak zaczarowany, a poza tym i tak rozdzielał nas wymachujący rękami i z niczego nie zdający sobie sprawy Kirst. Próbowałem krzyknąć, lecz ubiegł mnie gardłowy wrzask Rocha, którego brudna łapa zdążyła już zanurzyć się w gorącym cieście. Gdy ją wyjął, była cała czerwona. Sam nie wiem czy bardziej na skutek poparzenia czy też dlatego, że była utytłana w truskawkach.

Mój mózg zadziałał natychmiastowo – z porozrzucanych między uszami słów ułożył najbardziej logiczną w tym momencie całość, którą wyrzuciłem z siebie z prędkością wystrzelonego z kuszy bełta.

– W nogi!

Ruszyliśmy, jak stado spłoszonych, dzikich koni, szybko i początkowo nieco chaotycznie, żegnani mało uprzejmymi epitetami kucharza (smarkacze!, łachudry!, gówniarze!). Pobiegliśmy na zachód w kierunku traktu północnego. W krótkim czasie do niego dotarliśmy, ku naszemu zadowoleniu, nie ponosząc zupełnie żadnych strat w ludziach.

– Chłopaki, ja już nie mogę dalej. Poczekajmy tutaj na darmowóz – wysapał rumiany ze zmęczenia Roch. Co prawda z jego ręką nie było aż tak źle, jak się wcześniej wydawało (po zlizaniu soku truskawkowego pozostało niegroźne pooparzeniowe zaczerwienienie, zaś ból, przechodząc najpierw w mrowienie, a następnie w swędzenie, ustąpił po dwóch dniach), ale będąca skutkiem łakomstwa trzydziestofuntowa nadwaga gwarantowała mu porażkę w starciu z wysiłkiem fizycznym.

– Oszalałeś?! – sprowadził go na ziemię Pit. – A może od razu wróćmy tam i oddajmy cię kucharzowi? Wypełniłbyś dziurę w cieście, jako dorodna truskawka, baranie.

Roch zamilkł i tak się napuszył, że jego buzia zrobiła się jeszcze bardziej okrągła. Był bliski płaczu, ale nie pękł. Nigdy nie pękał.

Jasne, darmowóz był komfortową opcją, zwłaszcza po wyczerpującej ucieczce. Można nim było przejechać z południa na północ królestwa i dalej do węzła kupieckiego Mi, docierając po drodze do kluczowych miejsc królestwa. I to wszystko za darmo. Oczywiście tylko dla stałych mieszkańców, którzy deklarowali swe poddaństwo miłościwemu królowi Robertowi.

Bez wątpienia jednak Pit miał rację – póki co nie mogliśmy na siebie zwracać uwagi. Musieliśmy polegać na własnych nogach. Przecięliśmy zatem niepostrzeżenie trakt, ominęliśmy Giełdę Spożywczą, na której można było nieraz spotkać handlarzy z dalekiego południa zaopatrujących nasze królestwo w egzotyczne jadło i powoli powłócząc nogami ruszyliśmy bocznym duktem w kierunku języka. Mówiąc o nim, mieliśmy na myśli zagajnik. Z lotu sokoła przypominał kształtem właśnie język, który rozległy las delikatnie wślizgiwał do miasta, by pieścić nim prawie samo jego centrum. Wówczas wydawało mi się, że podobnie zachowywał się pomagier czeladnika, gdy przychodził do mojej starszej siostry i siadał podejrzanie blisko niej. Ciekawe, obydwie te rzeczy mogłem wtedy określić jednym słowem – ‘ob-leśne’.

Nie musieliśmy się spieszyć. Zresztą nawet nie mieliśmy na to ochoty. Wspaniale było po prostu iść bocznym duktem pokolorowanym zielenią traw i złotem skoszonych zbóż. Zapach, bądź co bądź, wyśmienitych potraw serwowanych Na Skraju, zastąpiony został ciepłym, letnim powietrzem. W takich chwilach słowa wydają się zbędne. Wystarczy kilka kuksańców, tarmoszenie i tak już mocno poczochranych włosów oraz szczere uśmiechy kumpli. W połowie drogi złość Pita została już daleko w tyle, równie daleko jak nadąsana twarz Rocha. Zgodnie stwierdziliśmy, że pasowały do siebie , a skoro tak, to na pewno będzie im dobrze pod wielkim kamieniem, którym je przygnietliśmy, żeby nie wpadły na pomysł, aby do nas wrócić. Z prawdziwą przyjaźnią się nie zadziera.

Po kolejnej godzinie marszu krajobraz zmienił się nie do poznania. Łąki, na których leniwie pasły się krowy i owce oraz pola z równymi rzędami ustawionych w kucki snopków ustąpiły miejsca lawendowym pagórkom. Wyglądały jak falujące fioletowe morze. Wierzchołki drzew języka to znikały, to znów wyłaniały się zza pofałdowanego horyzontu.

 * * *

Strudzeni wędrówką, znaleźliśmy wytchnienie pod rozłożystym dębem na skraju zagajnika. Ułożyliśmy się wygodnie na miękkim mchu, a nasze umysły poddały się hipnozie leniwie płynących po niebie obłoczków. Pit wygwizdywał jakąś wesołą melodię. Kirst bawił się trzymanym w ustach źdźbłem lawendy. Roch nazrywał sobie słodziutkich jeżyn, które teraz znikały kolejno w jego buzi, by przemierzyć krótką drogę do żołądka.

– Co robimy? – spytałem. Miesiąc sierpa, a wraz z nim cały okres żniw dobiegał już końca. Beztroska dzieciństwa miała wkrótce umrzeć śmiercią naturalną. Nieubłagalnie zbliżał się nowy etap w naszym życiu – nauka w jednej z trzech akademii adeptów, będących pierwszym stopniem do stania się rzemieślnikiem, masterem lub rycerzem. Oczywiście cała nasza czwórka marzyła o dostaniu się do tej ostatniej. Nie przypuszczałem wówczas, że tylko trzech z nas zostanie adeptami, a w dodatku każdy w innej akademii.

– Ja muszę już wracać do domu – Kirst z dnia na dzień był coraz bardziej niezadowolony, że popołudniami musi pomagać ojcu. Stary Tom prowadził warsztat, w którym naprawiał wozy oraz dokonywał ich cyklicznych przeglądów. Miał fach w ręku, więc robił to po prostu genialnie. Przybywali do niego klienci nawet spoza królestwa, toteż pracy było coraz więcej.

– Jasne – byłem zawiedziony, choć spodziewałem się właśnie takiej odpowiedzi.

– Chodźcie najpierw popatrzeć jak ćwiczą rycerze. Potem Kirst pójdzie pomóc swojemu staruszkowi, a my zapakujemy się na darmowóz i wyskoczymy pod portalem – Pit zawsze miał dobre pomysły, toteż bez trudu mógł nas do nich przekonać. Posiadał cechy wzbudzającego zaufanie dowódcy i rozważnego stratega.

 * * *

Plac rycerskich ćwiczeń znajdował się po drugiej stronie języka. Drużyna, dowodzona przez ser Dolcana, była w owym czasie jedną z najlepszych, o jakich słyszałem. Zaszczytu wstąpienia do niej dostępowali nie tylko synowie wysoko urodzonych lordów, ale także potomkowie kowali, cieśli, garbarzy, grabarzy oraz innych wszelakich profesji (moim faworytem był Jorah, najmłodszy z dwanaściorga Johana pasterza owiec). Warunkiem podstawowym było ukończenie akademii rycerskiej, warunkiem koniecznym zdanie specjalistycznych testów fizyczno-sprawnościowych. W zależności od ich wyniku trafiało się albo do drużyny Dolcana, albo do grupy giermków. Bez ujmy… giermkowie też byli potrzebni.

Najbardziej nietypowa, ale za to bardzo widowiskowa część treningu (ser Dolcan był bardzo wymagający i przeprowadzał ćwiczenia dwukrotnie pomiędzy wschodem a zachodem słońca) polegała na przekopywaniu nadmuchanego i odpowiednio utwardzonego pęcherza bawołu z północnej na południową części placu i na odwrót. Pod okiem dowódcy rycerze ćwiczyli w ten sposób spryt, refleks, szybkość oraz współpracę i wzajemne zaufanie w różnych formacjach ofensywnych i defensywnych. Zaledwie kilkaset lat później powszechnie nazywano tę grę piłką nożną wymyśloną, z kolei, ponoć dużo wcześniej przez Anglików czy innych Azteków. Zaś ser Dolcana, niejako celowo i wręcz z namacalnie wyczuwalną premedytacją, we wszelkich wątkach historycznych pomijano.

Udało nam się załapać na końcówkę ćwiczeń. Rycerze ustawieni byli w formacji szturmowej, po czym, na krótki acz donośny rozkaz dowódcy, przystąpili do natarcia. Mimo, że przeciwnikiem były drewniane kukły, całość wywarła na nas spore wrażenie. Być może dlatego, że podczas manewru doszło do błyskawicznego przegrupowania, którego efektem był niespodziewany atak z prawej flanki. Cóż, kukły z całą pewnością musiały być oszołomione, gdyż nie wykonały żadnego ruchu.

Popatrzyliśmy jeszcze trochę na spoconych, wymęczonych i tylko nieco starszych od nas chłopaków, którzy ściągali właśnie lśniące w słońcu zbroje i przystępowali do czyszczenia swoich ostrych jak brzytwa mieczy. Potem pożegnaliśmy się z Kirstem, który musiał już pędzić do warsztatu i leniwie poczłapaliśmy w kierunku wschodniego traktu, gdzie znajdował się najbliższy przystanek darmowozu.

* * *

Portal stał majestatycznie w samym sercu królestwa. Wyglądem przypominał ogromny metalowy półokrąg o wysokości dziesięciu łokci i odległości pomiędzy wkopanymi w ziemię ramionami dwukrotnie większej. Od strony południowej można było odczytać inkrustowany napis składający się z nazwy królestwa oraz ciągu niewiele mówiących acz w pełni rozpoznawalnych znaków.

Z Ą B K I 2 4 . p l

Całość zdobiona była pięknymi ornamentami roślinnymi: chabry, maki, kłosy zbóż, wijący się bluszcz. Nawet przez wieki nie stracił nic ze swej świetności. Wręcz przeciwnie, stał się nieodzownym symbolem Ząbek. Tu odczytywano dekrety i obwieszczenia miłościwego króla Roberta, wygłaszano mowy i wykonywano wyroki. Czasem dostawiano drewniany podest, by zmienić portal w scenę, na której podziwiano światowej sławy minstreli lub wystawiano sztuki teatralne. Często, zwłaszcza po stronie północnej, przyczepiano lokalne ogłoszenia typu sprzedam, kupię, wynajmę, wydzierżawię, zamienię, pożyczę, oddam, zabiorę itp. Jednak nikt nigdy nie był w stanie odpowiedzieć nam na pytanie do czego tak naprawdę służył ten architektoniczny twór, dlaczego powstał i jakie skrywał tajemnice. A na pewno jakieś musiał skrywać. Jedyne, co było pewnikiem, to to, że portal wytyczał granice królestwa, które stanowiły niewidzialną barierę nie do przebycia dla, panoszących się na dalekim południu, hebanowych goblinów. Wszelkie fizyczne fortyfikacje były zbędne, z uwagi na to, że w owych czasach był to jedyny potencjalny wróg. Co prawda wiosnę wcześniej miało miejsce podejrzane zniknięcie najstarszej córki kowala, ale wówczas nikt nie wiązał tego zdarzenia z jakimś krwawym atakiem czy dramatycznym porwaniem. Mówiono natomiast, że pewnie sama uciekła, by wyjść za wojownika z czarnego lądu i zaspokoić swe od dawna skrywane ciągoty do ciemnych karnacji.

Darmowóz zatrzymał się przy samiuśkim portalu. Wyskoczyliśmy od strony woźnicy i z nadzieją w oczach zaczęliśmy wypatrywać pośród licznych ogłoszeń czegoś ciekawego. Czegoś, co w końcu pozwoliłoby nam przeżyć niesamowitą przygodę będącą ukoronowaniem beztroski dzieciństwa. Owszem, wtedy nie potrafiliśmy jeszcze czytać, ale naszej uwadze na pewno nie umknęłoby żadne nowe ogłoszenie.

– Nic! – krzyknął Pit.

– U mnie też – zawtórował mu Roch.

Przejrzeliśmy wszystko. Dwukrotnie. Obwieszczenie z królewską pieczęcią wisiało, ale tylko w naszej wyobraźni.

– Kurwa – rzuciłem zawiedziony. Chciałem wyglądać dorośle, ale wulgaryzm w ustach drobnego, niebieskookiego siedmiolatka o kręconych blond włosach i anielskiej twarzyczce zabrzmiał żenująco głupio.

– Bez nerw. Coś wymyślimy – pocieszał mnie Pit. – Przed nami jeszcze wiele przygód. Ty i ja jako waleczni rycerze przemierzający najdalsze krainy świata w poszukiwaniu goblinów, hydr, smoków i innych potworów oraz towarzyszący nam wierni giermkowie, Roch i Kirst, na swych rączych kucykach – mrugnął pojednawczo, a ja odpowiedziałem uśmiechem. –  Przecież życie się jeszcze nie kończy. Ono właśnie się rozpoczyna – podniósł mnie na duchu. Któż mógłby wówczas przypuszczać, że wielce się mylił, będąc jednocześnie blisko najprawdziwszej prawdy.

Z oddali dobiegł nas tętent koni. Początkowo tępy, słaby dźwięk z czasem zmienił się w głośne dudnienie kopyt o ubity na skałę trakt wschodni, zaś ze zbitej masy ludzi i zwierząt zaczęły wyłaniać się sylwetki rycerzy dosiadających siwych rumaków. Nad ich głowami powiewała chorągiew. Na białym tle widać było przypominającą rycerza czerwoną różę w srebrnej zbroi. Charakterystyczny ukłon z wysuniętą do przodu prawa stopą i delikatnie pochyloną głową pozwalał jedynie domyślać się czy ciernisty kwiat zaprasza do tańca, czy też robi zwinny unik zmieniający się płynnie w nieoczekiwany atak.

Orszak przejechał niecałe dziesięć kroków od nas. Kierując się do siedziby króla zwolnił nieco, toteż mogliśmy mu się dobrze przyjrzeć. Zdążyliśmy pogratulować w myślach twórcy herbu jego nieskrępowanej konwenansami wyobraźni, którą niewątpliwie musiał się wykazać przy tworzeniu tak wyszukanego wzoru. Zamknęliśmy do tej pory otwarte ze zdumienia buzie i porozumiewawczo skinęliśmy do siebie głowami.

* * *

Następnego ranka obudziło mnie dziwne uczucie. Niepokój czy podekscytowanie? Nie potrafiłem tego opisać. Ponadto, o zgrozo, tej nocy nic mi się nie śniło albo raczej śniło mi się nic. Jedyne, co pamiętałem po przebudzeniu to otaczająca mnie ciemność, czerń wżerająca się w me ciało po sam środek kości, świdrująca umysł i krępująca ruchy. Krystaliczna, lodowata woda nie tylko obmyła wciąż zaspaną twarz, ale także uwolniła myśli i pozwoliła im swobodnie popłynąć. Meandrowały chwilę leniwie, opływając delikatnie kredens, podłogę i ściany, by ostatecznie wylać się przez uchylone lekko okiennice na rosnący pod oknem krzak dzikiej róży. Róża. Tańcząca róża i piękny wojownik w jednym. Odzyskałem pełnię świadomości. Narzuciłem na siebie wczorajszą koszulinę i wybiegłem z domu. Ruszyłem kłusem pod portal, pamiętając o tym, by po drodze zgarnąć ze sobą Kirsta.

* * *

Żelazne ramiona łuku obejmowały tego ranka całkiem spory tłum zaciekawionych mieszkańców. Pit i Roch już tam byli. Kirstowi opowiedziałem wszystko po drodze. Był równie podekscytowany jak ja. Cała nasza czwórka z niemałym trudem zaczęła się przepychać bliżej portalu. Używaliśmy łokci, przechodziliśmy na czworakach między nogami zdumionych Ząbkowian, kilka razy byliśmy nawet zmuszeni do użycia słowa ‘przepraszam’. Było to nie lada wyzwanie i mam tu na myśli zarówno czołganie się jak i wymuszoną uprzejmość. Chcieliśmy jednak być jak najbliżej, by mieć pewność, że usłyszymy wszystko w najdrobniejszym szczególe.

W samym środku tłumu stał na podwyższeniu ser Miroslav, królewski kronikarz, który miał w zwyczaju rozpoczynać każdą rozmowę czy to z królem, czy z dziewką z karczmy, czy też z dzieciakami takimi jak my od dźwięcznie brzmiącego „Co słychać?”. Gdy zaczynał czytać obwieszczenie, byliśmy o niecałe dziesięć kroków od niego. Zatrzymaliśmy się pośród zdumionych ludzi, by nie robić niepotrzebnego harmidru. Wdrapałem się Rochowi na ramiona. Przynajmniej jeden z nas mógł nie tylko usłyszeć treść obwieszczenia, ale również zobaczyć pergamin z królewską pieczęcią, na którym się ono znajdowało.

– Drodzy ziomkowie! – zaczął dobitnie ser Miroslav. – Niniejszym mam zaszczyt odczytać spisane wczorajszego wieczora słowa naszego miłościwego króla Roberta.

„Kochani Ząbkowianie. Ja, król Robert, z okazji wizyty zacnego gościa, lorda MacFlauer’a, a także zbliżającego się końca żniw obfitujących w bogate zbiory, ogłaszam turniej. Za siedem dni rycerze staną w szranki, by walczyć o królewskie trofeum. Co nim będzie? Niechajże pozostanie to tajemnicą. Pamiętajcie jednak, że Wasz król z hojności słynie i nie będzie szczędził dla zwycięzców. Ponadto, zmagania śmiałków zostaną uświetnione pokazami tańców oraz pięknymi głosami zaproszonych na ten dzień minstreli. Turniej rozpocznie się od rycerskich walk kwalifikacyjnych, następnie swe siły i umiejętności sprawdzą adepci, a po nich młodziki. Rycerskie walki finałowe odbędą się po południu. Na zakończenie z przyjemnością osobiście wręczę nagrody zwycięzcom w poszczególnych kategoriach.  Radujmy się!”

Przez zgromadzony tłum słuchaczy przebiegł szmer zachwytu. Ludzie cieszyli się, niektórzy wiwatowali, wznosili okrzyki „Niech żyje król Robert!”, inni tańczyli lub przyjaźnie się poklepywali po ramionach. Atmosfera ogarnęła także nas, aż z wrażenia spadłem z Rocha. Nie pamiętam, żeby ziemia była twarda. Pamiętam za to, że z pomocą przyjaciół szybko się z niej podniosłem i dałem się ponieść fali radości. Skakaliśmy i wyrzucaliśmy w górę ręce w geście zadowolenia.

Podekscytowany tłum stopniowo zaczął się przerzedzać. A my powoli oswajaliśmy ciężkie do okiełznania emocje, by nasza świadomość mogła skonstatować, że to działo się naprawdę. Po euforii nadszedł czas na konstruktywne myślenie. Jasny poranek był idealnym środowiskiem do narodzin jasnych pomysłów.

– Panowie – rozpocząłem z powagą – chyba zgodzicie się ze mną, że to jest to, na co czekaliśmy. Czasu, co prawda, jest niewiele i nie wiem jak wy, ale ja zamierzam wygrać ten turniej.

– Życzę powodzenia. Niestety nawet ono nie przyda ci się, kiedy w starciu ze mną będziesz całował moje brudne stopy i błagał o litość – zadrwił Pit.

– To wy się tłuczcie i całujcie po stopach czy po czym tam chcecie, a nagrodę zgarnę ja – przerwał nam Kirst.

– Może we trzech byście dali mi radę – wtrącił Roch. – Przynajmniej w sumie ważylibyście prawie tyle co ja sam, ale jak wiadomo walczy się jeden na jednego, więc niespodziewana niespodzianka będzie moja.

Uważałem, że człowiek, który nazywa nagrodę królewską ‘niespodziewaną niespodzianką’, nie może jej wygrać. Roch? Nie, nie on. Poza tym był za wolny i za duży, przez co nawet dla przeciętnego zawodnika stanowił idealny cel. Walka z nim powinna trwać krótko. A tak w ogóle co to za imię dla dziecka? Roch? Naturalnie nigdy nie daliśmy mu do zrozumienia, że powinien z tego powodu popaść przynajmniej w młodzieńcze kompleksy, bo to przecież nie jego wina, że rodzice myśleli o jego przyszłości – w tym miejscu musiałem się z nimi zgodzić – ser Roch brzmi zdecydowanie lepiej niż po prostu Roch.

Pit ponownie wykazał się nienagannym zorganizowaniem.

– Rozstrzygnijmy zatem nasze spory na turnieju. Ale żebyśmy nie wypadli jak kompletne żółtodzioby, proponuję do tego czasu zawrzeć sojusz. Od tej pory do rozpoczęcia turnieju gramy w jednej drużynie. Podstawą jest dobre przygotowanie, a więc każdego ranka będziemy z uwagą przyglądać się ćwiczeniom prowadzonym przez lorda Dolcana, a potem przećwiczymy na sobie to, co uda nam się zaobserwować – wyciągnął otwartą dłoń wierzchem do góry, a my kolejno układaliśmy na niej swoje ręce, które utworzyły chwiejną wieżę. Roch, jako ostatni, wcisnął swoje wielkie łapy pod spód, tworząc w ten sposób fundament dla żywej budowli. Stanowiła ona symbol naszej jedności i przyjaźni…przynajmniej na czas zawartego sojuszu.

* * *

Oczyma wyobraźni wciąż widzieliśmy plac ćwiczeń, na którym rycerze ustawieni naprzeciw siebie doskonalili obronę. Element pierwszy: uniki. W każdej parze jeden atakował tępym mieczem z zaokrąglonym końcem, drugi zaś golusieńki, to znaczy nieuzbrojony i jedynie w lekkich skórzanych spodniach i kamizelce miał za zadanie nie dać się uderzyć. Wielu pod cienkim odzieniem, na udach, bokach i ramionach skrywało dojrzałe siniaki. Fioletowe, ciemnozielone, żółtawe pamiątki po nieudanych unikach na polu prawdziwej bitwy miałyby tylko jeden kolor, kolor szkarłatnej czerwieni. Element drugi: uniki plus obrona tarczą. Posiniaczeni mogli się zrewanżować, gdyż role się zmieniały. Teraz to oni siekli, a przeciwnik oprócz uników, mógł blokować ciosy drewnianą tarczą. Celnych pchnięć i cięć było oczywiście mniej. Mam na myśli, że na tyle mało, by nie zamieniać niedawnych oprawców w mięciutkie śliwki, ale też na tyle dużo, by mieć pewność, że to prawdziwi rycerze, którzy znają swój fach i potrafią sforsować obronę opartą jedynie na tarczy i unikach. Ale, jak podkreślał dowódca, celem tego dnia nie był atak, a praktyka obrony, także w elemencie trzecim: uniki plus obrona tarczą plus parowanie ciosów mieczem ćwiczebnym.

Naszym placem ćwiczeń stała się polana znajdująca się w środku języka, naszymi mieczami – twarde, długie na dwa łokcie badyle znalezione pośród drzew. Tarcz nie mieliśmy, ale tylko pierwszego dnia. Potem Pit wpadł na pomysł, by na krótkie, twarde i w miarę równe patyki, położyć w poprzek po jednym dodatkowym, na górze i na dole, a następnie całość związać i ustabilizować sznurkiem.

Niczym rycerze z drużyny Dolcana stanęliśmy w parach, Kirst z grabowym kijem naprzeciw mnie, a Pit z cisowym drągiem naprzeciw Rocha. Wyborem zarządził przypadek. Cóż, na polu bitwy też nie dobierasz sobie rywala względem wzrostu, masy czy facjaty. Po prostu atakujesz. Albo się bronisz. Jednak w odróżnieniu od prawdziwej walki oraz ze względów bezpieczeństwa i chęci dotrwania do turnieju bez zaburzonego czy przerwanego stanu świadomości, ustaliliśmy jedną zasadę: zakaz ciosów na głowę.

Pit rozpoczął gładko wyprowadzonym z dołu cięciem w krocze. Nieszczęsny Roch nie zdążył zapisać na swoim koncie pierwszego udanego uniku. Zamiast tego stał przez moment jak wymurowana rzeźba ze ściśniętym między udami kawałkiem drewna, po czym osunął się na ziemię, wydając delikatny, dziewczęcy pisk. – Moje kuleczki… – a my stwierdziliśmy, że należy powiększyć skromną listę naszych żelaznych zasad o: zakaz ciosów w krocze. Oczywiście nie postawiło to naszego przyjaciela na nogi, ba tego dnia mógł być już tylko niemrawym atakującym. Przed ponownym starciem z nieuzbrojonym, tym razem, Pitem, musiał poleżeć trochę na trawie, by odzyskać siły i pozbyć się dziewczęcego głosiku. Z braku ciekawszego zajęcia wspólnie ze swoim oprawcą oraz jeszcze niedoszłą ofiarą w jednej osobie przyglądał się jak ćwiczę z Kirstem.

– Ukłoń się przed Ostatnim Tchnieniem – rozpoczął wyzywająco Kirst. Nadał imię swojemu kijowi, tak jak rycerze nadają imiona swoim mieczom. Muszę przyznać, że Ostatnie Tchnienie działało na wyobraźnię i gdyby tylko ta nierówna potyczka toczyła się naprawdę, z pewnością popuściłbym w portki.

– Mam się kłaniać przed kulasem do pędzenia bydła?  Ostatnie tchnienie to może wydać krowa, gdy wsadzisz jej to w… – nie zdążyłem dokończyć. Kirst wziął szeroki zamach zza pleców i wyprowadzał właśnie obszerne cięcie z ukosa. Mierzył w mój lewy bark i, gdyby miał ciężki miecz dwuręczny, pewnie by mnie rozpłatał na dwie części aż po prawe biodro. Jednak w ostatniej chwili udało mi się instynktownie odskoczyć. Sam byłem pod wrażeniem, tego, co się stało. Jeden zero dla mnie. Nie zdążyłem jeszcze dobrze posmakować zwycięstwa, kiedy rozsierdzony Kirst wykonał pchnięcie na mój brzuch. Cofnąłem tułów i, by utrzymać równowagę, zostawiłem nogi w miejscu, w którym stały, zaś ręce oraz głowę wyrzuciłem do przodu, tak że znalazły się nad Tchnieniem. Mój pępek był o długość kciuka od drewnianego czubka.

W tak niewygodnej i nienaturalnej pozie bez utraty balansu można ustać nie dłużej jak mrugnięcie powieką. Ustabilizowanie pozycji i ewentualne odejście w tył zajęłoby za dużo czasu i z pewnością zakończyłoby się pięknym siniakiem. Zatem jedyne co mi pozostało, to wykonanie obrotu wokół własnej osi nad prawą, pewniejszą nogą. Unik zakończyłem przykucnięciem, a nad moją głową dało się słyszeć świst przecinanego powietrza. Spojrzałem z dołu w przekrwione oczy wroga. Zrozumiałem, że żarty się skończyły. Kirst chciał mnie zabić. Złapał Tchnienie w dwie ręce i uniósł nad głowę. Wyglądał jak drwal, który za chwilę przerąbie siekierą bezbronny pieniek na dwie równiutkie połówki. Z ugiętymi w kolanach nogami łatwo było wykonać dynamiczny skok. Bez namysłu uskoczyłem więc w lewą stronę, przeturlałem się nad barkiem i ponownie stanąłem na nogach, w lekkim rozkroku, nieco pochylony do przodu i z wysuniętymi na boki rękami. Gotów na wykonanie następnego uniku. Dawny przyjaciel zamienił się w bijącego pianę goblina. Chcąc mnie zaskoczyć, wymierzył cios na piszczele. Wybiłem się w górę, podciągając jednocześnie nogi do brzucha. Nie opadłem jednak od razu na ziemię. Stopy napotkały opór, a trzask drewna był ostatnim tchnieniem Ostatniego Tchnienia.

Na polanie rozległy się gromkie śmiechy Pita i Rocha.

–Hej, gdzie się tego nauczyłeś? – przekrzykiwali się nawzajem. – Weź zrób jeszcze raz to z obrotem!

Tak. Poczułem, że mogę się rozluźnić. Spokojnie obróciłem się w ich kierunku, zostawiając za plecami Kirsta. Jednak jego słowa zmroziły pojawiający się na mej twarzy uśmiech.

– Koniec żartów. Pit, pożycz mi swojego… swój…

– Smoczy Oddech? – podpowiedział Pit.

– Tak, Smoczy Oddech, a ty – Kirst patrzył prosto na mnie – weź swój badyl. Zmierzymy się jak prawdziwi rycerze.

To jedna z tych sytuacji, kiedy wydaje ci się, że nie masz wyjścia. Podniosłem zatem leżący nieopodal w trawie kij. Cień – pomyślałem. Świetne imię dla pierwszego miecza. Zawsze blisko mnie, szybki jak ja, a może nawet jeszcze szybszy. Cichy w ataku i nieobliczalny w obronie.

Po raz drugi stanąłem naprzeciw Kirsta. Trzymając swe siniakonośne kije, mierzyliśmy się przez chwilę wzrokiem. Potem zaczęliśmy obchodzić się wokół, jak dwa wilki gotowe do ataku. Moje ruchy były płynne i spokojne, a i Kirst wydawał się jakby bardziej opanowany. Chcąc mnie sprowokować, rozpoczął od kilku niedbale wyprowadzonych pchnięć. Odpowiedziałem równie niedbałymi unikami. Czyżby wciąż odczuwał zmęczenie po poprzednim razie? Czy może tylko chciał uśpić moją czujność? Jednak to drugie. Niczym grad z jasnego nieba spadła na mnie seria trzech ciosów. Cięcie z ukosa na bark, pchnięcie na korpus i ponowne cięcie, tym razem na rękę, w której trzymałem Cień. Dwa pierwsze pokonałem balansem ciała, ostatni zaś zablokowałem. Niesamowite. Mogłem teraz nie tylko wykonywać uniki, ale także blokować i parować ciosy. Co więcej, wszystkie te elementy były dla mnie intuicyjne i naturalne. Walka trwała w rytm sapiących oddechów i stukania krzyżujących się kijów. Klik-klak. Klik-klak. Mój przeciwnik zadał już z tuzin ciosów (chybionych), podczas gdy ja nie wyprowadziłem ani jednego.

– Co jest panienko? Przestań tańczyć i zacznij w końcu walczyć! – krzyknął poirytowany Kirst.

– Czekam… – unik – …na…– blok, blok, sparowanie – …dogodny moment – wysapałem.

– Na co? – na chwilę się zatrzymał.

– To… jest… technika jednego ciosu… ciosu śmierci – wypaliłem. Niech to szlag. Co się dzieje? Nie potrafię wykrzesać z siebie ani jednego marnego pchnięcia – pomyślałem.

– No to się chyba nie doczekasz. – Kirst ruszył na mnie z całym impetem. Zablokowałem jego natarcie, a nasze miecze skrzyżowały się, wydając głuche stuknięcie. Ponownie zadziałał instynkt. Cień nieomalże owinął się wokół Smoczego Oddechu, po czym wyrzucił go daleko w prawą stronę aż pod nogi Pita. Mój wróg został bezbronny, lecz zamiast błagać o litość zaczął się śmiać. Mało powiedziane… on rechotał jak żaba.

– Ty naprawdę tańczysz jak panienka. Te obroty, kucnięcia, podskoki… jakieś masz paździory w tyłku czy co?

– Możesz się pośmiać, ale z samego siebie. To nie ja straciłem dziś dwa miecze. W tym jeden nie swój – nie pozostałem dłużny. – I ciesz się, że nie było ci dane poznanie ciosu śmierci – dodałem.

– Cios śmierci? Chyba coś śmierdzi – dalej chichotał Kirst. – Tak, coś mi tu śmierdzi. Nie potrafisz się bić.

– To nie ja się spociłem przy machaniu kijkiem – w odparowywaniu ciosów słownych szło mi równie dobrze – a cios śmierci wręczę ci jako nagrodę pocieszenia po porażce, jakiej doznasz w starciu ze mną podczas turnieju. Do tego czasu na pewno nauczę się bić.

– Jeszcze zobaczymy, a teraz chodźcie pod Dwie Kosy. Tak się dziś ubawiłem, że stawiam wam obiad – Kirst dostawał czasem od ojca parę miedziaków za pomoc w warsztacie.

* * *

Oberża była niedaleko języka, a więc i naszego miejsca ćwiczeń. Drewniany szyld przedstawiał stojące obok siebie dwie kosy. Bardzo różniła się od karczmy Na Skraju. Tam zjeżdżali się dostojni goście z grubymi sakiewkami u boku, a tu po ćwiczeniach rycerze pili ale, można było spotkać całe rodziny nawet z maleńkimi dziećmi czy sąsiada zza miedzy. Tam wyczuwało się dworskie obyczaje, a i obsługa była ponoć szkolona do usługiwania gościom, tu panowała bardziej rodzinna atmosfera, a do stołów często podawała gospodyni. Wreszcie tam często rozmawiano o interesach, zaś tu po prostu gadało się. O tym, o owym. Za nic w świecie nie oddałbym zapachów, jakimi rozkoszowaliśmy się siedząc pod oknem Na Skraju i nie wyobrażam sobie świata, a przynajmniej naszego królestwa bez Dwóch Kos. Gospodarz miły i pomocny, a gospodyni skora do żartów i zbytkowania. Obydwoje pracowici.

– Dwie golonki i cztery piwa na miodzie dla mnie i moich towarzyszy – rzekł dobitnie Kirst, gdy gospodyni zbierała zamówienia.

Po chwili podała nam cztery jabłeczniki z wyrysowanymi płynną czekoladą mieczami oraz cztery zsiadłe mleka. To dopiero cięty żart. Wiadomo, że mleko pod nosem jeszcze mieliśmy, a piwa takim młodzikom się nie sprzedaje. Nie mogliśmy jednak być źli na gospodynię. Wręcz przeciwnie, czekoladowe miecze wyglądały imponująca, a ciasto smakowicie, więc byliśmy wdzięczni, że nie musieliśmy się mierzyć z przerastającą pojemność naszych żołądków, acz z pewnością wyborną golonką.

– Czy coś jeszcze dostojni rycerze – zapytała i mrugnęła okiem?

– Nie, to w zupełności wystarczy – odpowiedział Kirst i od razu zapłacił miedziakami.

Po wylizaniu misek posiedzieliśmy jeszcze trochę w gospodzie, podsłuchując najświeższe wieści z królestwa. Jedna z nich dotyczyła lorda MacFlauer’a. Ludzie mówili, że był mistrzem znającym niuanse ruchu ludzkiego, który zwykł podnosić go do rangi artyzmu i to zarówno w dziedzinie tańca, walki jak i karmienia trzody chlewnej.

* * *

Podobnie upłynęły nam pozostałe dni. Mam na myśli ćwiczenia, bo na kolejne uczty rycerskie pod Dwoma Kosami nie było nas już stać. Każdego ranka zaczynaliśmy od ćwiczeń teoretycznych z drużyną Dolcana, potem praktyka na polanie w języku, następnie praca w warsztacie w przypadku Kirsta lub czas wolny i regeneracja w pozostałych przypadkach. Wszyscy, oprócz mnie, z dnia na dzień mieli na ciele coraz więcej siniaków, ale nikt, poza mną, nie miał problemów z zadawaniem ciosów.

W przeddzień turnieju w niewielkiej odległości od portalu przygotowano plac, na którym miały się odbyć wszystkie walki. Od strony zamku ustawiono trybunę honorową, na której miał zasiąść król z królową oraz dworzanie. Reszta gapiów miała wystarczająco dużo miejsca dookoła, by z jednej strony swobodnie oglądać mierzących się rycerzy, adeptów i młodzików, z drugiej zaś słuchać występujących na dobudowanej pod portalem scenie minstrelów. A mieli to być nie lada grajkowie. Odda z Ciechanowych Wzgórz, o której mówiono, że ma piękny głos i jeszcze piękniejsze piersi, a także Limak de Branek z czarnego lądu, w którym od pierwszego wejrzenia zakochało się dwa tuziny dziewcząt niewiele wiosen starszych od nas.

Sam turniej rozpoczął się o świcie przemową króla Roberta. Oczywiście, jak z resztą większość mieszkańców, byliśmy od początku. Nie chcieliśmy przegapić rycerskich walk kwalifikacyjnych, w których prym wiedli Jorah z drużyny Dolcana oraz lord MacFlauer. Udział tego drugiego był niespodzianką dla wszystkich zgromadzonych, a prezentowany przez niego styl walki przykuwał uwagę nawet bardziej niż wytłoczona na napierśniku i pokolorowana jaskrawymi barwami róża. Oprócz nich do popołudniowych walk finałowych zakwalifikował się także namiestnik królewski lord Artur oraz ser Dolcan. Mimo, że mieli trochę problemów z obalaniem niektórych przeciwników, to ich obecność wśród czterech najlepszych rycerzy była brana jako pewnik. Jako drudzy na placu pojawili się adepci. Nie będę jednak się rozwodził nad ich potyczkami, choć przyznam, że były równie emocjonujące. Ważniejsze jednak było to, co miało za chwilę nastąpić.

Grajkowie grali, a ludzie się bawili. Gwary umilkły, gdy ser Miroslav z trybuny królewskiej wezwał młodzików do walki. Pierwszy wyciągnąłem rękę w górę, wszak byłem naprawdę szybki. Poza tym nie chciałem tracić czasu na przyglądanie się z boku, tylko walczyć o królewską nagrodę. Przewrotny los nie dał mi jednak możliwości zademonstrowania ciosu śmierci w parze z Kirstem. W walce, otwierającej zmagania młodzików, miałem stanąć naprzeciwko Pita.

Wyszliśmy na środek. Odtrąciłem drewniany, ćwiczebny miecz, który chciano mi podać. Wolałem walczyć Cieniem. Stał się częścią mnie i nie mogłem zdradzić go dla jakiegoś bezdusznego kawałka heblowanego drewna. Pit również pozostał przy swoim Smoczym Oddechu.

Staliśmy na wprost siebie, mierząc się wzrokiem. Za plecami miałem scenę, natomiast przede mną był Pit i nieco dalej cały dwór królewski. To był ten moment, ta chwila. Wygram. Poczułem, że całe moje ciało wypełniła energia. Byłem gotów, by walczyć w imię króla. Jak prawdziwy rycerz. Wygram. Na karku prześliznął się delikatny powiew wiatru, a w oczach Pita zobaczyłem strach. Dawny przyjaciel, a obecnie jedynie wróg w walce o sławę i królewską nagrodę przegrał w chwili, gdy się zgłosił do walki. Wygram. Zrobił krok… wstecz. Opuścił ramiona, a z ręki wypadł mu miecz. Czułem, że wszystkie oczy zwrócone są na mnie. Wygrałem?. Zerknąłem na trybunę honorową. Zgromadzony na niej tłum wydał z siebie odgłos zdziwienia. Nie patrzyli jednak na mnie, a na coś co było znacznie dalej. Pit także nie był zainteresowany walką. W zasadzie jego szeroko rozdziawiona gęba nie tłumaczyła nic prócz szoku i zmieszania, które nim zawładnęły.

W końcu to do mnie dotarło. Nie wygrałem. Nie słyszałem też już wesołych śpiewów minstreli, czułem za to mocniejsze podmuchy wiatru, szmer ludzi stojących za mną i coś jeszcze. Szelest papieru? Nonsens. Powoli odwróciłem się do tyłu i zobaczyłem to, co podobnie jak u innych, wywołało mieszankę zachwytu, lęku i ciekawości.

Portal.

Papierowe obwieszczenia i ogłoszenia, którymi był oblepiony, odrywały się i tańczyły w powietrzu, unoszone niewidzialną siłą. Najpierw wirowały wkoło, potem szybko wzleciały ku górze i opadły na ziemię niczym jesienny liść. Wiatr nie ucichł, a mimo to wszystkie leżały na trawie i pozostawały bez ruchu. Nim minstrele i zgromadzeni przy portalu ludzie zdołali w popłochu odsunąć się na nieco bezpieczniejszą odległość, inkrustowany napis Z Ą B K I 2 4 . p l wystrzelił w różnych kierunkach złote światło. Początkowo rozproszone jasne smugi zaczęły się koncentrować w jeszcze jaśniejsze, przez co bardziej wyraziste, promienie. Każdy miał swe źródło w którymś z symboli i każdy, jak gdyby kierowała nimi jedna myśl, zaczął się zwracać do środka łuku. Gdy się połączyły, zniknęły, a w miejscu, gdzie się spotkały, pojawiła się kropla. Przez jakiś czas lewitowała w powietrzu w pewnej odległości od ziemi i żelaznych ramion portalu. Potem zamieniła się w plamę, a następnie w niewielką kałużę, aż w końcu rozlała się, wypełniając całą przestrzeń pomiędzy nimi.

Ciecz była przezroczysta jak woda i falowała delikatnie, wydając przy tym mało przyjemny metaliczny dźwięk. Ludzie zgromadzeni po jednej stronie patrzyli na swych sąsiadów, stojących po drugiej. Ktoś rzucił niewielki kamień, by sprawdzić co się stanie. Nie stało się nic. To znaczy ciecz nie wylała się, jak pewnie podejrzewali niektórzy, ale też kamień nie wypadł z drugiej strony, jak pewnie podejrzewała większość. Za to znalazł się śmiałek, który wsadził  do środka rękę prawie aż po łokieć. Mógł być zdziwiony, że nie widzi dłoni po drugiej stronie tafli, ale jeszcze bardziej zdziwili się ci, którzy byli naprzeciw niego i zamiast ręki widzieli kikuta. Wśród nich byłem też ja.

Przyglądałem się białej kości zawiniętej w mięśnie, ścięgna, siatkę naczyń krwionośnych i cienką warstwę skóry. Przypominała roladę. Wszystko wyglądało tak, jakby było równiutko ucięte rzeźnickim tasakiem, a mimo to tętniło tam życie. Krew była gdzieś pompowana, skądś wracała i nigdzie się nie rozlewała. Mięśnie i ścięgna pracowały, zapewne ruszając, niewidocznymi dla nas palcami. Mężczyzna wyciągnął rękę i uniósł ją w geście triumfu. Przez krótką chwilę był bohaterem. Krótką, ponieważ szybko znalazł się następca, który w to samo miejsce wsadził głowę. Widok był podobny. Z tym drobnym wyjątkiem, że następca miał na tyle dobry humor, iż postanowił sobie nieco podrygać. Ludzie bawili się dobrze, podziwiając tancerza bez głowy, do czasu, gdy ten nieoczekiwanie padł na kolana, a chwilę później wyciągnął się jak długi, tak że dolna połowa jego ciała pozostała nadal w królestwie, zaś od pasa w górę był… ’gdzieś indziej’. Nikt nie wiedział gdzie, ale gdy śmiechy ucichły i zapadła grobowa cisza, z ‘gdzieś indziej’ przez portal wróciła jego głowa. Wyskoczyła z pluskiem, spadła na ubitą ziemią i podtoczyła się do miejsca, w którym stałem. Nie pamiętam, kiedy, jak i dlaczego znalazłem się tak blisko łuku. Dzieliło mnie od niego jakieś trzydzieści kroków.

Kurz wzbity przez wiejący wciąż wiatr przesłonił czyste, niebieskie niebo i przyćmił blask górującego słońca. Dzień stał się jeszcze mroczniejszy, gdy z portalu wylała się ciemność. „Gobliny!” – krzyknął ktoś z tłumu, po czym wszyscy rzucili się do ucieczki. Niewiele dłużej niż mrugnięcie okiem zajął mi zwrot na pięcie i puszczenie się kłusem w kierunku biegnących na odsiecz rycerzy z drużyny Dolcana wspomaganych przez oddział lorda MacFlauer’a. Wyrwani z odpoczynku po walkach kwalifikacyjnych zdążyli tylko złapać w dłonie swoje miecze.. O nałożeniu pełnej zbroi, zdjętej po trudach turniejowych nikt nie myślał, zresztą i tak nie było na to czasu.

Mimo, że pędziłem co sił w nogach, to od ogarniętego paniką tłumu dzieliło mnie jakieś dwadzieścia pięć kroków. Zbitej przede mną masie ludzi było jednak znacznie trudniej uciekać, gdyż przeszkadzali sobie nawzajem, przewracając się i depcząc. Dwadzieścia kroków. Piętnaście. Cichy świst powietrza i nagle leżę przytulony twarzą do zdeptanej trawy. Korzeń? Nierówność terenu? Strach paraliżujący nogi? Przede mną poturbowani ziomkowie z grymasem bólu stawali na nogi i niemrawo kontynuowali ucieczkę. Chciałem się podnieść, lecz znów upadłem. Obróciłem głowę, by zobaczyć co mnie powaliło po raz wtóry. Moje stopy splątane były rzemieniem obciążonym kamieniami. Próbowałem się tego pozbyć, ale zacisnęło się zbyt mocno, uniemożliwiając swobodny przepływ krwi do kończyn. Ratunek jest blisko – pomyślałem – jeszcze tylko kilka chwil i drużyna Dolcana przepędzi te bestie.

Byłem w błędzie. Nadciągający rycerze zostali zalani przez falę uciekających Ząbkowian.
„Z drogi!”, „W imię króla…”, „…chłopiec…”, „Ratujcie chłopca!” – docierały do mnie chaotyczne krzyki rycerzy i mieszkańców. Jednak na wybawienie było za późno.

Zacząłem szarpać rzemień jeszcze mocniej, patrząc z przerażeniem na zbliżające się nieubłaganie hebanowe gobliny. Każdy był cały czarny jak smoła. Czarne, skórzane spodnie i kamizelka, sztylet w czarnej pochwie zatknięty za czarnym pasem, hełm i miecz z czarnej stali. Czarna skóra, długi czarny język rozdwojony na końcu, jak u węża, a w parszywej gębie szereg czarnych, ostrych zębów. Najgorsze jednak były oczy. Wielkie i hipnotyzujące. O najczarniejszym odcieniu czerni. Pierwszy, który do mnie dopadł, prześwidrował mnie tymi ślepiami na wylot. Czarny sen sprzed kilku dni stał się jawą.

Wróg stał nade mną, a ja skrępowany w kostkach nie miałem już szans na ucieczkę. Jego towarzysze zatrzymali się kilka kroków za nim, gdy podniósł lewą pięść w górę. Ocenił szybko sytuację, zerkając na wciąż nie mogących przebić się przez ludzką ścianę rycerzy. Miał wystarczająco dużo czasu. Wymierzył we mnie miecz. Charczał przy tym, a z pyska leciała mu ślina i czuć było zgnilizną i padliną. Wydawał się znacznie większy ode mnie, ale w rzeczywistości nie wiele różniliśmy się wzrostem i masą.

Ostrze szybko przecięło powietrze, lecz instynkt mnie nie zawiódł.. Pomimo związanych nóg, udało mi się przeturlać na brzuch. Drugi cios był dużo bardziej spodziewany niż pierwszy, ale możliwości uniku były znacznie mniejsze. Ukłuł mnie w prawy bok, tuż nad miednicą. Zimna stal wywołała falę gorąca, która wygięła me ciało w łuk i odebrała dech w piersi. Ból krępuje ciało znacznie mocniej niż rzemień.

Poczułem jak ucieka ze mnie życie. Jasna koszula zabarwiła się szkarłatnym kolorem. W oczach robiło się coraz ciemniej, a wpadające w uszy wrzaski, krzyki i charczenie stawały się z każdym uderzeniem serca cichsze. Obrazy tworzone przez mój umysł przesuwały się coraz szybciej, jakby każdy chciał zdążyć przed całkowitą utratą świadomości i mieć pewność, że zostanie we mnie na wieczność. Rodzice. Siostra. Przyjaciele. Zapachy Na Skraju. Smaki pod Dwoma Kosami. Cień. Król Robert. Róża w zbroi. Turniej. Portal. Hebanowe gobliny. Ból.

Nagle wstrząsnęły mną kolejne spazmy, a wraz z nimi wróciła trzeźwość myślenia. Długi jak wąż język hebanowego goblina penetrował ranę, wpuszczając przy tym ślinę, która wraz z krwioobiegiem okrążała całe ciało.

Rozpoczęła się przemiana.

O ile do tej pory wszystko działo się bardzo szybko i chaotycznie, o tyle teraz miałem wrażenie, że cały świat zwolnił, a postacie wokół mnie poruszają się płynnie i spokojnie. O ile docierające do mnie dźwięki zbijały się w jeden bełkot, o tyle teraz potrafiłem usłyszeć każdy z nich osobno i wyraźnie. O ile wcześniej oczy zachodziły mgłą i robiło się ciemno, o tyle teraz widziałem jeszcze ostrzej niż wcześniej. lecz już bez barw, a jedynie w różnych odcieniach szarości, od prawie białych po niemal zupełnie czarne.

Rozpoczęła się przemiana. Przemiana w hebanowego goblina.

– G’haar horgha! – na rozkaz wydany przez potwora, który mnie dopadł, podbiegło dwóch następnych. Ujęli mnie pod pachy i zaczęli ciągnąć w stronę portalu. Nie stawiałem oporu. Nie pamiętam czy na skutek działania gobliniej śliny, czy też szoku, jakiego doznałem, gdy zrozumiałem, że wiem co powiedział. Brać go!

–  Rorh adash! Wograhl! – Odwrót! Szyk obronny! Wszyscy jego pobratymcy przegrupowali się i stopniowo, acz sprawnie znikali w cieniutkiej tafli rozpiętej między żelaznymi ramionami łuku. Byłem wleczony prawie na samym końcu. Całość zamykał przywódca hebanowych goblinów.

Odwrócony tyłem nie widziałem jak daleko jest ser Dolcan ze swoimi rycerzami. Pozostałe zmysły podpowiadały, że zdołali przebić się przez uciekających ludzi i zmierzają, by mnie odbić. Jednak instynkt, który do tej pory zawiódł mnie tylko raz, szeptał zgoła co innego.

Gdy przeciągali mnie przez portal, chłodna, metaliczna ciecz zmoczyła najpierw me blond włosy i wpadła do jasnoniebieskich oczu. Potem przyjęła całe me ciało, czyniąc to samo z wlekącymi mnie goblinami i ich przywódcą. Obmyła także ranę. Pod czerwoną krwią zakrzepł czarny strup. Kiedy znalazłem się po drugiej stronie, opadła z pluskiem i wsiąkła w jałową glebę. Portal został zamknięty.

Tomasz Majewski

Facebooktwittergoogle_pluslinkedin


« (Poprzednia wiadomość)