Main Menu

Felieton sportowy: Rozprawa nad EURO 2012

Facebooktwitterlinkedin

Felieton sportowy: Rozprawa nad EURO 2012

Tak jak nisko lecąca jaskółka zapowiada burzę, tak wszystkie kury w Polce gdakały o udanym EURO (lub mniej formalnie – że będzie „spoko”).  Najgorzej było słuchać tych, którzy uważali, że znoszą złote jajka, z których wykluwają się konkretne wizje dotyczące tego jak wyjść z teoretycznie najłatwiejszej grupy na mistrzostwach. Nie brakowało również głosów przywołujących doświadczenia z kilku poprzednich imprez, gdzie scenariusz był za każdym razem taki sam: najpierw mecz otwarcia, później mecz o wszystko, a na koniec mecz o honor. „Kadra Smudy” – termin, który zbyt często zastępował archaiczną (?) „reprezentację Polski” – postanowiła zrobić wszystkim psikusa i rozegrać aż dwa mecze o wszystko. Wynik był lepszy od gry, choć mecz z Rosją zremisowaliśmy, a z Czechami ponieśliśmy bolesną porażkę 0:1.

Mówiąc o samej grze naszej drużyny (nie)narodowej, grzechem by było nie wspomnieć o selekcjonerze (umyślnie nie używam słowa „trener”), na którym wieszano psy po każdym meczu grupowym. Wiecie, jak to człowieka może denerwować? Franciszek „U mnie bez zmian” Smuda tylko człowiekiem, wcale nie lepszy pod tym względem od przeciętnej Adamiakowej. Adamiakowej… oj tak, nasz kraj potrafi popełnić medialne samobójstwo jeśli chodzi o promowanie miłości do reprezentacji Polski. „Wszyscy jesteśmy drużyną narodową”. Ten slogan najwyraźniej wykracza poza słupy graniczne na Odrze i Nysie. Gdybym miał jednak dokładniej omówić kwestię naturalizacji sportowców (nie tylko w świecie piłkarskim, bo to tylko wierzchołek góry lodowej), to za bardzo odbiegłbym od głównej myśli tego felietonu.

 Skupię się więc na problemie, który dotknął naszych „Orłów”. Nie kwestionuję tego, że każdy znawca oraz łącznik między reprezentacją a mediami będzie się mocno trzymał zdania, że w kadrze jest świetna atmosfera i w PRAWIE wszyscy porozumiewają się w języku polskim. Zwyczajnie muszę podkreślić ważną rzecz: człowiek może łatwo zdobyć szacunek innych, będąc po prostu stały w swoich poglądach i nie ulegać agitacji ze strony osób trzecich. Niestety mało kto potrafi wytrzymać przy takich cnotach, zwłaszcza ktoś, kto po prostu musi być osobą medialną. Franz Smuda przez niemal cały okres pracy z reprezentacją stosował zasadę, że powołanie do kadry otrzymuje zawodnik, który regularnie gra w swoim klubie. W porządku, Panie selekcjonerze, ale co z Pańskimi ulubieńcami? Czy tylko dlatego, że jeden przez półtora roku nie powąchał murawy; ba, nie kopnął piłki na boisku treningowym (Sebastian Boenisch), a drugi większość sezonu przesiedział na ławce rezerwowych i musiał zostać wypożyczony do niższej ligi, gdzie wcale lepiej mu się nie wiodło (Adam Matuszczyk), powinni zdobywać piłkarskie doświadczenie grając z orzełkiem na piersi? Skąd taka iście ojcowska opiekuńczość nad graczami, którzy nie osiągnęli połowy tego, co wielu polskich piłkarzy grających w rodzimej ekstraklasie?

Stałość w poglądach ma jedną, ale za to ogromną wadę –  taka osoba ma klapki na oczach. Sztandarowym przykładem może być kompletna ignorancja finiszu minionego sezonu T-Mobile Ekstraklasy. Piłkarze, którzy wówczas najbardziej zabłysnęli, czyli Szymon Pawłowski (4 gole wbite Polonii Warszawa w przedostatniej kolejce) oraz Arkadiusz Piech (bramka w każdym z 3 ostatnich spotkań ligowych), zostali kompletnie pominięci przez Smudę . Bardzo dużo też mówiło się o nie daniu szansy młodym i zdolnym. Udział w takim turnieju na pewno dałby im więcej wartościowego doświadczenia niż kilkanaście meczów ligowych. Czynny udział, żeby nie było nieporozumień. Nie sądzę bowiem, by siedzenie na ławce i obserwowanie poczynań starszych kolegów mogło dać takiemu Rafałowi Wolskiemu czy Marcinowi Kamińskiemu jakikolwiek pożytek. Czyżby Smudę sparaliżował strach przed stawianiem na młodych? Warto w tym miejscu podkreślić, że reprezentacja Polski wcale nie była najmłodszą ekipą na EURO. Nasi sąsiedzi zza Odry co prawda również nie wykonali podstawowego założenia, jakim był rzecz jasna złoty medal, ale przynajmniej pokazali Europie i światu, że posiadają niemal nieograniczony potencjał zdolnej młodzieży (również dzięki napływowi obcych ludów, ale o tym z grzeczności więcej nie wspomnę).

Wracając do kwestii „ulubieńców Smudy”, nie sposób nie wspomnieć o człowieku, który najbardziej ucierpiał z tego powodu, czyli Jakub Wawrzyniak. Ten piłkarz w sezonie 2011/12 rozegrał w barwach Legii Warszawa łącznie około 50 spotkań, w tym wszystkie mecze w Lidze Europejskiej, w której stołeczna drużyna dotarła do 1/16 finału. Niestety zdrowy rozsądek udał się na dalekie wczasy, tak więc w reprezentacji Polski nie było żadnej sportowej rywalizacji o grę na lewej obronie. Jak mówi sam zawodnik, selekcjoner Smuda od samego początku dawał swoim podopiecznym do zrozumienia, że czeka tylko na powrót do zdrowia Sebastiana Boenischa. Problem w tym, że piłkarz Werderu Brema w ogóle nie przypominał piłkarza sprzed półtora roku, zanim doznał poważnej kontuzji kolana. A jednak Franz, zapatrzony w niego tak samo jak w Adama Matuszczyka, zaufał właśnie jemu. O czym to świadczy? Nie trzeba być wnikliwym analitykiem by nie zauważyć, że Smuda zupełnie zadrwił sobie z pojęcia „selekcjonera” i postanowił być również ojczulkiem, który dba i troszczy się o swoje pociechy, a w rezultacie faworyzuje ich spośród całej reszty. Nóż się otwiera w kieszeni…

Mądry Polak po szkodzie – przeklęta mantra, która pobrzmiewa w nas wszystkich, gdy tylko doświadczamy kolejnych klęsk. Ponoć nic dwa razy się nie zdarza, ale jak widać w naszym kraju pewne prawidłowości potrafią się utrzymać przez irytująco długi czas. Niedawno wybrano nowego trenera kadry. Piszę już „trenera”, gdyż głęboko wierzę w kunszt szkoleniowy pana Waldemara Fornalika. To, co potrafił stworzyć w biednym, jak na realia Ekstraklasy, Ruchu Chorzów jest czymś godnym pochwały. Jednak to samo mówiło się o Smudzie, pamiętacie? To on jako ostatni wprowadził polski klub do fazy grupowej Ligi Mistrzów. To on awansował z Lechem Poznań do 1/16 finału Pucharu UEFA w sezonie 2008/09 i odpadł tam po wyrównanej walce z silnym włoskim zespołem Udinese Calcio. Wiadomo, że bycie dobrym trenerem klubowym wcale nie oznacza, że będzie się tak samo dobrym selekcjonerem kadry narodowej. Jednak mocno ściskam kciuki za „Waldka King’a” i miejmy nadzieję oglądać naszych Orłów na egzotycznych boiskach Brazylii w czasie mundialu, który odbędzie się tam równo za dwa lata. Już jest nawet przyśpiewka, którą radzę przyjąć z powagą i chłodną głową: „Już za dwa lata, Polska mistrzem świata”. [Koniec przekazu]

Adam Guzowski

Facebooktwitterlinkedin


« (Poprzednia wiadomość)