Main Menu

Święta na ponuro III

Facebooktwitterlinkedin

swieta na ponuro 3

Święta na ponuro III

Ludzie nie śpijcie po nocach, myślcie, myślcie, aż wam głowa pęknie, myślcie o wszystkim, myślcie o rzeczach najohydniejszych i najdziwaczniejszych, myślcie o ruinach, klęskach, niepowodzeniach, obelgach, o nieszczęśliwych wypadkach i nieprzewidzianych zbrodniach, o wichrach lodowatych ze wszystkich stron świata, o najgorszym, co było, jest i będzie, co mogło być i może być. A jeśli przewędrujecie całe to piekło myśli, gdy nie straszne Wam będzie żadne już przypuszczenie, gdy nie zlękniecie się obłędu zaglądającego w oczy, gdy bezsenna noc przestanie być dla Was groźbą – wtedy dopiero Wasz dobry humor stanie się ważki, stanie się mocny, twórczy i dobry. Dopiero wtedy.

Stefan Kisielewski, „Święta na ponuro”, 1947 r.

Człowiek odkrywa na nowo znaczenie pewnych banalnych „życiowych” reguł i zaleceń w bardziej ekstremalnych okolicznościach. „Ruch to zdrowie”. Jeśli w okresie przedświątecznym ma się czas na takie rzeczy, można nawet zrobić sobie plany na to, jak nie dostać pod choinkę paru dodatkowych kilogramów. Nabiera to jednak nowego znaczenia, kiedy w pośpiechu pakując samochód, zacinasz się w windzie, zjeżdżając do garażu… Przy tym ilość pięter w bloku nie ma tu najmniejszego znaczenia – zdrowotnie schodząc po schodach, nigdy by się to nie stało.

Biorąc pod uwagę fakt, że to niby tylko godzina życia, bo całe szczęście serwisant był na Targówku i do Ząbek blisko, niby nic się nie stało. Zawsze to trochę czasu na to, żeby pomyśleć o życiu. Ewentualnie o tym, jak byłoby przyjemnie rozwalić drzwi. To ostatnie byłoby w całej tej sytuacji najbardziej korzystne dla zdrowia, gdyż realizacja takiego pomysłu z pewnością kosztowałaby życie wielu bezbronnych kalorii. Niemniej jednak okres przedświąteczny można po takim doświadczeniu o poranku zdecydowanie uznać za oficjalnie rozpoczęty.

Dlaczego taki tytuł? Dwa lata temu postanowiłem świątecznie „odświeżyć” lub przybliżyć Kisiela dla moich Czytelników i w oparciu o inspirację z jego felietonu „Święta na ponuro”, przygotowałem mój własny: „Święta na ponuro II” – całkiem na miejscu będzie chyba przypomnienie go i dzisiaj: http://www.brwinow24.pl/2010/12/felieton-swieta-na-ponuro-ii/. Najlepszy polski felietonista w historii, w roku 1947 poszukiwał w okresie przedświątecznym źródeł prawdziwej siły. Jego zdaniem był to humor. Prawdziwy, męski, zahartowany w boju codzienności humor. Jego dopełnieniem, ale i bezpośrednim skutkiem, miały być również pesymizm, ale ten „realny pesymizm” oraz przekora. Po czym najlepiej poznać wielkość pisarza? Częściowo i po tym, że pomimo upływających lat, zdaje się, że pisze on o tym, co dzieje się obecnie. A więc: do felietonu!

Skoro mowa już o Świętach, to składają się na nie zarówno zakupy, porządki, bynajmniej nie idylliczne domowe nieporozumienia i problemy logistyczno-planistyczne, ale i podróże do najbliższych czy teoretyczny odpoczynek. W kwestii podróży, to bardzo dobrze, że ludzie odkrywają fakt istnienia toalet czy pożywienia na stacjach benzynowych – nie ma to jak po relaksującej podróży w bezpiecznym tempie ok. 5 km/h zajechać na stację, żeby i tam poczuć w gigantycznych kolejkach magię Świąt. Gdyby wiedzę o świecie zewnętrznym czerpać jedynie z mediów, można by było odnieść wrażenie, że kraj nasz, pokryty gęstą siecią nowoczesnych dróg i autostrad (oczywiście współfinansowanych ze środków Unii Europejskiej – korzystamy, a nie wiemy), wybudowanych w pocie czoła i ogólnonarodowym wysiłkiem na największą imprezę tego roku (w tej części Europy), tj. na Euro 2012, gdzie o bezpieczeństwo kierujących dba 300 fotoradarów i na razie jeszcze nieco mniej patroli, to albo druga Irlandia albo co najmniej druga Japonia. Myślą tak na pewno osoby bez prawa jazdy, których fachowym zdaniem tak już musi być – bo korzystają z autobusów lub pociągów dwa razy w roku, jeśli w ogóle. Do tych osób, w ramach świątecznej atmosfery życzliwości, powiedzieć można: tak – tak właśnie musi być. Wracajcie więc do oglądania  w przerwach od seriali szczerych spotów czy spektakli politycznych, które przygotowywały najlepsze firmy od PR-u i marketingu za miliony złotych.

65 lat temu Stefan Kisielewski zastanawiał się nad tym, nad czym dzisiaj może myśleć każdy dziennikarz i publicysta: „jakim językiem przemówić dziś do mieszkańców wielkich równin, położonych między Tatrami a Bałtykiem, między Odrą a Bugiem? Jak mówić do dziesiątków tysięcy Polaków z emigracji, do przyjaciół, co gryzą gorzki chleb obczyzny w Londynie czy Nowym Jorku? Patos czy humor, miłość czy logika, wiara czy kalkulacja, nadzieja czy zwątpienie? Osobiście sądzę, że wszystko, co powinniśmy, zamyka się w jednym zaleceniu: bądźmy silni. Zaś jedyną formą patosu dla człowieka silnego jest: humor”.

Jeszcze wtedy, patrząc na uśmiechniętych i rozentuzjazmowanych ludzi, Kisiel mówił do sobie współczesnych, że „ten humor to sen waszej świadomości. Wy śpicie, gdy ja spać nie mogę”. Rola pisarza, zwłaszcza felietonisty, i społecznie i w percepcji indywidualnej, jest szalenie skomplikowana. Z pewną nostalgią można więc czytać słowa Kisielewskiego, który pisze o tym wprost: „wesołek spędza święta ponuro: wędrując ulicami polskich miast, przenosząc się niewidzialnie z jednego do drugiego, jak pan Scroge w Opowieści wigilijnej Dickensa – słyszy dochodzący zza zasłoniętych okien śmiech rubaszny i płytki, echa radości mechanicznej, zewnętrznej – miast śmiechu prawdziwego, śmiechu, który by poznał i przezwyciężył wszelkie zwątpienia. Wesołek opuszcza czoło, jest ponury jak duch wiecznej negacji: nie może się śmiać, gdy inni śmieją się w ten sposób”.

Kiedy pisał tamte słowa, żywa była wciąż pamięć II wojny światowej, po której ludzie mieli się cieszyć z socjalistycznego wyzwolenia i sprawiedliwości społecznej. Dziś mamy też swoje małe i większe tragedie, tematy tabu, orędowników „prawdziwej” wolności, bojowników o prawa jednych, kosztem drugich, tolerancję dla wybranych, liberałów, którzy najgłośniej krzyczą o konieczności podnoszenia podatków i uczą innych, jak mają żyć, lewicę, która tak bardzo dba o losy najbiedniejszych, że doprowadza kraje do bankructwa, próbując i z bogatych zrobić ubogich, którym będzie mogła pomagać, no i prawicę, której formacje, jak żadne inne, pozwalają się rozgrywać jak małe dzieci w piaskownicy w konflikcie o grabki i łopatkę. Ale co zawsze jest najciekawsze, mamy przede wszystkim współczesnych ludzi i te społeczne zagadnienia, które są blisko nich – im bliżej, tym ciekawiej, bo na krótkim dystansie jest najlepszy „Matrix”.

Dzisiaj, w XXI wieku, dla mieszkańców podwarszawskich miejscowości są już inne, lecz wcale nie mniej wspaniałe wiadomości, które są dla uszu i oczu tym, czym dla podniebienia wigilijny barszcz z uszkami: poza podwyżką cen biletów w ramach spóźnionego prezentu od stołecznego ratusza, wycofany ma zostać wspólny bilet. Od razu widać, że słuszną linię ma nasza władza i to na każdym szczeblu! Premie dla urzędników za ich całoroczną ciężką pracę dla mieszkańców stolicy i okolic same się przecież nie wypłacą… a oszczędności uzyskane na wypowiedzeniu biletów spokojnie wystarczą na nagrody i… darmowe bilety dla pracowników miasta stołecznego i ich rodzin. Powstrzymanie się od złośliwych komentarzy czy nic nie wnoszącego, za to mającego cechy antyrządowego (!) narzekania może być niewielkim darem od wdzięcznego ludu dla zapracowanych ekspertów z ratusza! I nie jest prawdą, jak mogą chcieć wichrzyciele i podżegacze społeczni, że ludzie powinni przesiąść się z autobusów do samochodów, żeby mogły ich łapać nowe fotoradary i auta ITD! Ja bym poszedł dalej: komunikacja dla takich działaczy wywrotowych w ogóle powinna być skasowana – niech chodzą pieszo niewdzięcznicy! Proponuję też nową kampanię społeczną, w sumie można zacząć od koszulek z napisem: Haniu – co jeszcze możemy dla Ciebie zrobić?

Przepięknym prezentem, z którym już nasze stołeczne władze zdążyły się wyrobić, to nowe parkometry. I tylko prawdziwi agenci imperialistycznych wywiadów mogą mówić coś o prawach konstytucyjnych czy wolnościach obywatelskich, kiedy urzędników jest tak mało, że nie mają już czasu weryfikować czy obywatel jest prawdomówny czy kombinuje. Władzy będzie łatwiej z założeniem, że każdy jest złodziejem i kłamcą, ale jeszcze nie złapanym! Któż by śmiał odmawiać urzędnikom czy komukolwiek innemu wolności do własnych przekonań! Tylko, że zamiast konieczności podawania swojego numeru rejestracyjnego, całej procedury przetargowej, montażu itd. wystarczyłoby tylko nie uznawać „donoszonych” później kwitków – jaki kretyn opłaca parkometr i zabiera wydruk ze sobą zamiast zostawić w aucie, kiedy właśnie po to jest ów papierek? A przecież z tego powodu „udoskonalono” niewielkim kosztem zdrowia psychicznego mieszkańców – parkowanie w Warszawie.

Ewidentnie, stresy to można mieć, jak powiedziałby lekarz poza prywatnymi godzinami przyjęć: ale proszę ich nie przeżywać. Co mamy jeszcze? Podatek od wigilii pracowniczych. Jak proponuje Tomasz Olbratowski przydałyby się jeszcze inne, chociażby: od siedzenia na krześle w pracy czy od korzystania z toalety. Złośliwcy mówią o podatku od myślenia dla polityków, ale ewidentnie mówią to kiepscy złośliwcy – jakie wpływy byłyby z takiej daniny? To tak samo jakby wprowadzić podatek dla uczciwych lekarzy, którzy brzydzą się kopertami. Czy podatek dla dziennikarzy mediów głównego nurtu od rzetelnej informacji z dziedziny polityki lub ekonomii. Informacja już co prawda krąży po Internecie, a ja nie chciałbym nikomu nic podpowiadać, niemniej jednak po tzw. „podatku od deszczu”, nic mnie już nie zaskoczy – nawet podatek „od braku końca świata”.

A skoro już i o tym mowa. Niestety lub „stety”, wszyscy przeżyliśmy „koniec świata”. Zdaje się, że najnudniejszy w historii. Był tak nudny, że nawet z nudów nikt nie umarł. Jeśli ktoś nie wiedział, ostatecznie został on oficjalnie odwołany dzień wcześniej przez Władimira Putina, który po długich negocjacjach z Bogiem, ustalił, że Apokalipsa nastąpi za ok. 4,5 do 5 mld lat. Więcej służba prasowa Kremla nie chciała podać. Ja się tylko zastanawiam, co obiecał w zamian rosyjski prezydent i czy Bóg po tych negocjacjach nie powiedział, że i tak nie robiłby Armagedonu na cztery dni przed urodzeniem się swojego syna…

Dalej. Szykuje się kolejna, ogólnoświatowa kampania  na rzecz zdelegalizowaniem broni palnej. Zawsze ustawowe regulacje pomagają w trudnych tematach, najbardziej zaś pomaga, kiedy rząd wymyśli, że coś jest „nielegalne”. Pomogło z narkotykami, a u nas – i z dopalaczami. Przecież problem narkomanii zniknął po tym, jak politycy tak postanowili. Jakoś zupełnie nie chce się prawie nikomu w tym przypadku mówić o dokładnych danych czy statystykach. Wszystko wskazuje na to, że im więcej w danym społeczeństwie osób ma broń, tym rzadziej dochodzi do morderstw właśnie z jej użyciem. Dziennikarze też najchętniej, w ramach politycznej poprawności, usilnie chcą udawać kretynów – kolejna tragedia w USA wydarzyła się właśnie w stanie, w którym o broń było bardzo trudno oraz w miejscu, w którym obowiązywał zakaz wnoszenia broni palnej. Zresztą najbardziej zatroskani o bezpieczeństwo obywateli w kontekście dostępu do broni są politycy, których obecnie pilnują wszystkie służby państwa, a po skończonej kadencji dostaną dożywotnią ochronę, która przecież z procami czy łukami nie jeździ…

Dziwię się tylko, że podążając za tą logiką, nikt nie zdelegalizował łyżek i widelców – przecież to przez nie tyjemy. Nie warto też uczyć dzieci języka polskiego – przecież to klawiatura czy długopis popełniają błędy ortograficzne. A na problem pijanych kierowców receptą będzie to samo, co w przypadku broni – zakażmy używania samochodów. Nie mówiąc już o danych, ile w Polsce osób ginie w wypadkach samochodowych, a ile od broni i jak trudno być szczęśliwym posiadaczem jednego i drugiego. Ale rygorystyczne pozwolenia na auto to marzenie z odległej przyszłości – bez samochodów, nikt nie będzie płacił mandatów, w pobór których zainwestowano tyle naszych pieniędzy z podatków, aby żyło się nam jeszcze lepiej. Politycy wraz z innymi grupami społecznymi, posiadającymi immunitety, nigdy nawet jednego takiego kwitku nie dostaną. Ba, nie wiedzą pewnie, poza Jackiem „Kubicą” Kurskim, jak on w ogóle wygląda.

A tak na marginesie, ciekawe dlaczego nasi politycy nie wymyślili jeszcze, żeby do każdego obywatela, który pali papierosy, pije alkohol czy w ciągu ostatniego roku dostał mandat za przekroczenie prędkości nie wysłać kartki z życzeniami świątecznymi i serdecznymi podziękowaniami od rządu – przecież ludzie ci robią więcej dla Polski, niż nasz minister finansów, który tylko kombinuje, jak zbilansować tabelki, żeby na papierze się wszystko zgadzało. Realnie budżet ratują właśnie Polacy z nałogami i tzw. „ciężką nogą” w samochodzie. Osoby, które zaliczyły w danym roku wspomniane trzy osiągnięcia, powinny dostać bonus, jak w bankach komercyjnych przy kredytach konsumpcyjnych i np. otrzymać talon na 1000zł do wydania na akcyzę lub mandaty na przyszły rok.

Kartka świąteczno-dziękczynna mogłaby mieć portret uśmiechniętego Jacka Vincenta. Dla tych od mandatów, mogłoby być zdjęcie radosnego ministra Nowaka w czapce Mikołaja – byłoby to śmieszne na wielu płaszczyznach, na przykład chociażby dlatego, że gdyby Święty Mikołaj nie miał sań z latającymi reniferami, to jeżdżąc po naszych drogach (o kolejach nie wspominając), dzieci dostawałyby gwiazdkowe prezenty na dzień dziecka, nie na Boże Narodzenie. Ostatnio paczka ze Stanów, bez żadnych dodatkowych opłat, przyszła do mnie szybciej, niż naszą rodzimą pocztą z Warszawy do Warszawy (!). Biorąc pod uwagę komunikację autobusową – część dzieci nie otrzymałaby prezentów w ogóle. Ale zapewne kompetentnie i fachowo, pan minister od transportu wyjaśniłby im, że nie powinny mieszkać w tak mało rentownym czy perspektywicznym miejscu, do którego nie opłaca się utrzymywać dojazdu nawet PKS-ów. Można by było też rzucić parę żartów o tym, dlaczego na zielonej wyspie rodziców nie stać na samochód, oskarżając ich jednocześnie o brak patriotyzmu w postaci płacenia mandatów.

Jak pisze Łukasz Warzecha: „Wspomnijmy słowa pewnego polityka, wypowiedziane w roku 2007: «Drogi są coraz gorsze, ale na ulicach pojawiły się fotoradary. Polacy mają być kontrolowani w każdym miejscu. Utrudnić ludziom życie do maksimum, a na końcu ich skontrolować wszystkich bez wyjątku. To jest filozofia PiS. Tylko facet, który nie ma prawa jazdy, może wydawać pieniądze na fotoradary, a nie na drogi». Tak, to powiedział Donald Tusk i warto te słowa przypominać do upadłego. Plakat z tym cytatem powinien być powieszony przy każdym z ponad 300 nowych fotoradarów, którymi wkrótce usiane będą polskie drogi, oraz powinien być wydrukowany na każdym formularzu mandatowym, wręczanym za przekroczenie prędkości. Niech wyborcy zobaczą, jak kpi się z nich w żywe oczy”.

Ale co tu się dziwić. Absurdy nie są tylko właściwością naszą, polską. Zawsze każe nam się patrzeć na „Europę”, na „Zachód”, jakby tam nie wiadomo jaka mądrość osiadła i promieniowała na świat. Francja próbuje wymusić na Belgii zmianę przepisów podatkowych, tj. aby ta ostatnia podwyższyła podatki, bo bogaci Francuzi uciekają przed ichniejszą „polityką miłości”, której architekturę dopełnia 75% podatek dla najbogatszych. Konsekwencja w utrzymywaniu stabilnego poziomu idiotyzmu przez Francuzów jest faktycznie godna podziwu.

Pierwszy raz od wielu lat publicznie wyszyły też na jaw i inne informacje, które jakoś nie chcą się w naszym pięknym kraju bez afer, niekompetencji i chciwości przebić do publicznej świadomości. Mianowicie, największe światowe (oczywiście „zachodnie”) banki pomagają kartelom narkotykowym prać pieniądze z handlu narkotykami i kupować samoloty do ich transportu, a światowe mafie nie pozostają dłużne – wspierając podupadające banki strumieniem gotówki, który, jak powszechnie wiadomo, zawsze występuje w nadmiarze w tym środowisku.

A na naszym „grajdołku”, w 2012 roku nasz rząd wydał na nagrody dla urzędników 41 mln złotych, podczas gdy Centrum Zdrowia Dziecka, kosztem najbardziej potrzebujących dzieciaków, próbuje spłacić 20 mln złotych długu. Ewidentnie można tu tylko wrócić do Kisiela: „W kraju zniwelowanym, pozbawionym wszelkich elit, siłą faktu elitą zostaje centralistyczno-biurokratyczna partyjna sitwa, której służy zastrachana i skurwiona inteligencja naukowo-techniczna i prasowo-artystyczna”.

Ironii dużo, sarkazmu jeszcze więcej, ale jakoś tak samo, jak ponad pół wieku temu Stefanowi Kisielewskiemu, mi również nie chce się śmiać. „Błąd jakiś – we mnie czy w świecie – sprawia, że gdy wszyscy się śmieją, ja nie mogę. Gdzież przyczyna, szanowny panie, «może to serce, może żołądek?» – jak pisze Gałczyński. Może głowa. Nadmiar myśli potrafi rozwalić czaszkę – myśli płynących za szybko, myśli, na które nic nie można poradzić. Dlaczego ludzie umieją bez żadnego wysiłku być normalni, spokojni, opanowani, a dlaczego ten, kto chce mieć świadomość musi w opanowanie swych myśli włożyć istny makrokosmos wysiłku? Zaś mikrokosmos i makrokosmos to w istocie to samo. Noc bezsenna, noc, gdy wszystkie przeszłe i przyszłe wichry światowe gwiżdżą nad łóżkiem, gdy wszystkie zmarłe dawno i nienarodzone jeszcze myśli biorą się za ręce i tańczą, tańczą po głowie, aż do rana, taka noc równa się wieczności – wstaje po niej człowiek, jakby wyszedł z otchłani i ze zdumieniem patrzy na innych, którzy żyją jak gdyby nigdy nic, którzy się śmieją. (…) Ten humor jest znowu zboczeniem w złą, inną stronę, to jest humor – narkotyk, humor złudzeń czy humor zapomnienia”.

Każda pora na analizę faktów jest dobra, a jak powiedział Martin Luther King „zawsze jest właściwy czas na zrobienie tego, co jest właściwe”. Teraz, po oderwaniu Was od domowych obowiązków, właściwe będzie zbliżanie się do końca. No i oczywiście życzenia.

To, czego można sobie życzyć pod choinkę, to tego, żeby politycy przestali tak głupio wydawać nasze pieniądze. Nie trzeba nam jakiejś udawanej życzliwości, ale prawdziwej przyjaźni, która sprawia, że trudne chwile mogą stać się bardziej do zniesienia, a te radosne, jeszcze piękniejsze. Wracając do Kisiela i jego apelu: „szukajmy nowego patosu, patosu, który poprowadzi nas po ziemi – nie do grobów. Materializm, cynizm, czy gruboskórność? – zapytacie. Nie, ja tylko nie chcę spać, chcę widzieć, rozumieć i – walczyć”. A więc unikając schematów i nie powielając tego, co i tak będą Wam, Drodzy Czytelnicy, życzyć Wasi najbliżsi – ja, wraz z Kisielem, chcielibyśmy życzyć Wam tego, abyście widzieli i rozumieli, a dzięki temu mieli siłę, żeby walczyć. Ale w pierwszej kolejności, nie z oporem materii czy uwarunkowaniami systemowymi życia zawodowego czy społecznego, ale przede wszystkim ze sobą i o siebie, o własną indywidualność, poglądy i determinację do ich obrony. W związku z tym, że jest to najtrudniejsza walka ze wszystkich możliwych, może już tak ode mnie, życzę Wam tych małych, nawet częściowych zwycięstw, bo bez tego ani rusz.

A jeśli chodzi o kwestie humoru, tego twórczego i świadomego, to głos oddałbym już Kisielowi: „Widzieć wszystko, tak jak było i jak jest, a także jak może być; rozumieć wszystko – nawet to najprzykrzejsze, najboleśniejsze dla własnej ambicji i dumy; nie wzdragać przed niczym, nawet przed najstraszniejszym, najbardziej upiornym i przerażającym – i przeszedłszy przez to wszystko, zaczerpnąć ze swojego wnętrza kroplę eliksiru cudownego, eliksiru, który ocali zwątpiałą, starganą duszę i który da nam ten wtórny, drugi, tym razem prawdziwy – humor. Taki dopiero humor jest odwagą, godnością, spokojem i tężyzną – humor, który nie odwraca oczu od rzeczy najstraszniejszych, który potrafi przeprowadzić cało przez otchłań upokorzeń i wyrzeczeń i przez czyściec samokrytyki. Takiego humoru, humoru świadomego życzę Wam, nie rubasznego rechotu, który rozbrzmiewa dziś w teatrach całej Polski na najdramatyczniejszych sztukach, często ni w pięć ni w dziewięć – bo ludzie nie znoszą obecnie ciśnienia żadnego, prawdziwego czy fałszywego – patosu. Ten śmiech to narkotyczne otumanienie – budźmy ich, popsujmy im humor. Ludzie! Nie cieszcie się, nie macie z czego, spokoju nie ma, spokój jest złudą, świat jest groźny, niebezpieczny, straszny!”.

W tym strasznym świecie, który nie skończy się jeszcze przez najbliższe 4,5 miliarda lat, Święta Bożego Narodzenia od dzieciństwa są czasem spędzanym z rodziną, gdzie troski i problemy schodzą na nieco dalszy plan, chociaż na chwilę. Nie musi to być czas nie wiadomo jak głęboko egzystencjalnej refleksji, ale może warto jednak w chwili przerwy od nawału obowiązków i pracy pomyśleć o sobie, ludziach i świecie trochę obiektywniej, praktyczniej i z dystansem, gdzie i tak komponent „pomyśleć” odgrywał będzie najistotniejszą rolę, czego i sobie mogę życzyć! Wesołych, Spokojnych, Rodzinnych i niskokalorycznych Świąt, pełnych odpoczynku, radości i oczywiście – humoru!

Adam Lelonek

Facebooktwitterlinkedin


« (Poprzednia wiadomość)
(Następne wiadomości) »